Nadrabianki #23

Tym razem głównie polskie wydawnictwa, choć znajdzie się też coś z zagranicy. Z małymi wyjątkami są to też grupy, będące dopiero na początku swojej muzycznej drogi. Sprawdźcie, co takiego zmajstrowali: Schröttersburg, Five The Hierophant, Pył, Fake Fruit, Ciśnienie, delay_ok, Cisowa – Wrzeszcz, Mission to The Sun, Pies, Renmin Ribao.

Schröttersburg – ד (2021) [coldwave]

Dalet, bo tak należy odczytywać literę będącą tytułem nowego albumu płockiego Schröttersburg, to naturalne rozwinięcie pomysłów z Melancholii. Tamten album był bardzo intensywny, a przy tym chłodny i transowy. W tym przypadku energii jest jakby trochę mniej. Zastępuje ją różnorodna paleta dźwięków elektronicznych, ale krautowa motoryka i hipnotyczny nastrój jeszcze mocniej wciągają nas w ten niewygodny, szaro-bury świat. Surowe brzmienie dopełniają proste, ale bezpośrednie teksty. Skojarzenia z klasyką gatunku nasuwają się same i prawdopodobnie taki był zamysł. Czy Dalet ma szansę na to, by dołączyć do polskiego panteonu zimnej fali? Pewnie zespół nie miał takich ambicji przy tworzeniu tego materiału, a szansa na to i owszem – istnieje.

Five The Hierophant – Through Aureate Void (2021) [dark jazz / sludge metal]

Od wydania debiutanckiej płyty Five The Hierophant minęło sporo czasu. Konkretnie to cztery lata, ale pamiętam jak dziś, jak zasłuchiwałem się w wydanym w 2017 roku Over Phlegethon. Taki kawał czasu w kontekście popularności danego brzmienia to jednak sporo. Tam, gdzie debiut wyburzał ściany i mógł dziwić zręcznym połączeniem jazzu i metalu, tam też druga płyta nie zaskakuje wcale. Jazz z metalem w jednym stoją teraz domu i nikogo to nie dziwi. Na szczęście zespół potwierdza, że nie interesuje go ślepe podążanie za trendami i na Through Aureate Void gra swoje. Na ich muzykę nie ma dobrego określenia, bo ilustracyjność i rozbudzanie fantazji odbiorcy miesza się z konkretnym mrokiem i stęchlizną wygrywanych dźwięków. To muzyka otwierająca głowę, poszerzająca percepcję, a przy tym przerażająca i przyciągająca. I nie wierzę, że to piszę, ale też w przewrotny sposób relaksująca.

Pył – Farwater EP (2021) [psychedelic stoner]

Tak czułem, że debiutancka płyta projektu Pył (w którym znajdziemy byłych członków Ampacity) była tworem przejściowym. Jest nim też chyba tegoroczna EPka pt. Farwater, na której kontynuujemy psychodeliczną podróż, ale na nieco innych zasadach. Tym razem bagaż jest nieco cięższy, a zespołowi zdarza się nawet zahaczyć o metal. Głównie jednak stawia na dźwięki o rodowodzie progresywno-kosmicznym, z dużym naciskiem na wyraźne partie saksofonu. Brzmi to wszystko bardzo dobrze, wzbudza lekki niepokój, ale przede wszystkim ciekawość co do tego, jakim motywem zaskoczą nas muzycy tuż za kolejnym rogiem.

Fake Fruit – Fake Fruit (2021) [indie noise pop]

Zakręcone i prawdziwe indie, żadne sztuczne podrabiańce. Debiut amerykańskiego Fake Fruit kojarzy mi się mocno ze Sweeping Promises. Może nie jest tu aż tak przebojowo i odkrywczo, ale zespół lubi grać, muzycy lubią siebie nawzajem i jeszcze lubią słuchaczy. Czuć w tym flow, a w kategorii łobuzerskiego i beztroskiego grania Fake Fruit sprawdza się znakomicie. Zdaje też egzamin jako ścieżka dźwiękowa do spotkań towarzyskich i w sytuacjach osobistego kryzysu energetycznego.

Ciśnienie – Radio Edit (2021) [experimental post-jazz]

Debiut katowickiego Ciśnienia bardzo długo gościł w moich głośnikach. Można nawet powiedzieć, że na swój sposób zaprzyjaźniłem się z tymi dziwnymi i trudno definiowalnymi dźwiękami. Niby instrumentarium jazzowe, ale w jakiś sposób wymykało się to wszelkim klasyfikacjom. Nie inaczej jest z Radio Edit. I ten album został nagrany „na żywo”, chociaż w tym przypadku bez publiczności. Mam jednak wrażenie, że mniej tu spontanicznej energii, a więcej przemyślanych struktur, które może i wychodzą od improwizowanych fraz i nieprzewidzianych elementów, ale koniec końców prowadzą do z góry przemyślanych rozwiązań aranżacyjnych. I dobrze. Radio Edit to bardziej poukładana, choć wcale nie mniej szalona podróż przez mroczne zakątki jazzu i alternatywy. Za przykład niech posłuży najkrótszy utwór z tego wydawnictwa – Diet Choke. Jeśli macie dość wyobraźni, to usłyszycie klezmerską Gojirę w aranżacji ska z tłem w rdzawym kolorze industrialu. Mnie się udało.

delay_ok – Modern Uganda (2021) [alternative jazz idm]

delay_ok to trójmiejskie trio, Modern Uganda to ich pełnowymiarowy debiut, a sam projekt jeszcze przed jego premierą przestał istnieć. Szkoda, choć świata to nie zmieni, nie oszukujmy się. Ba, prawdopodobnie nie zmieni też nic w życiu muzyków tworzących ten projekt, bo ci świetnie radzą sobie na co dzień, tworząc z sukcesem muzykę w różnych konfiguracjach personalnych. Dźwięki nieoczywiste, więc też z automatu mniej popularne, ale to nie przeszkadza Jackowi Prościńskiemu (m.in. LASY czy wh0wh0), Szymonowi Burnosowi (m.in. Algorhythm i MU) oraz Piotrowi Chęckiemu (też Algorhythm oraz Michał Bąk Quartetto) robić swojego. W tym opisywanym tutaj wydaniu bawią się pulsującą elektroniką i jazzem, wprowadzając oba te gatunki na nowe tory. W miejsce pełne oryginalnych rozwiązań i nietypowych aranżacji. Przy tak dużym nagromadzeniu dźwięków i inspiracji wartym odnotowania jest fakt tego, że materiał nie męczy, a wręcz przeciwnie – przyjemnie odpręża. Do tego pobudza kreatywność słuchacza w odgadywaniu inspiracyjnych tropów. I nie mogę jedynie przeboleć tego, że nie uda się stwierdzić wpływu tej muzyki na odbiorców w warunkach najlepszych. Czyli na żywo oczywiście.

Cisowa – Wrzeszcz – Nie wrócę dziś do domu, a jutra już nie będzie (2021) [progressive ambient]

Projekt dwóch muzyków znanych wcześniej z Old Time RadioTomasza Garstkowiaka i Piotra Salewskiego. W Nie wrócę dziś do domu, a jutra już nie będzie dominuje ambientowy podkład, który staje się tłem dla gitarowych i basowych plam. Dużo w tej muzyce przestrzeni, ale też, co nie jest wcale tak proste do osiągnięcia w tym gatunku – emocji. Warto wytłumaczyć osobom spoza Trójmiasta, czym są Cisowa i Wrzeszcz. Obie to dzielnice – pierwsza z nich kończy metropolię i jest najbardziej wysuniętym miejscem na mapie Gdyni (szczególnie jeśli patrzeć na miasto z perspektywy kolei miejskiej). Wrzeszcz z kolei to nieoficjalne centrum Gdańska – przynajmniej dla jego mieszkańców, którzy nie odwiedzają wcale tak często tzw. Starego (Głównego) Miasta. Ta muzyka też ma coś z obu dzielnic. Outsiderskie brzmienie to jedno, ale drugie to ogólny, dość wysoki poziom przystępności materiału. Polecam na dłuższe, nocne spacery po głównych ulicach miasta. 

Mission to The Sun – Cleansed By Fire (2021) [4AD-core]

Mission to The Sun to dwuosobowy projekt, w skład którego wchodzi znany z Ritual Howls Christopher Samuels oraz Kirill Slavin – wokalista z Detroit, który udzielał się w lokalnym, noise industrialnym projekcie DeLIEN. Daje to mniej więcej pojęcie tego, jak może wyglądać efekt muzycznej współpracy tych postaci. Z naciskiem na mniej. Cleansed By Fire zaskakuje tym, jak niedzisiejszo brzmi ta muzyka – w jak powolnych tempach utrzymane są kompozycje i jak wiele smaczków się w nich zawiera. Liczy się tu każda syntezatorowa plama. Nowy dźwięk to nowa emocja, a nad nimi wszystkimi czuwa potężny głos wieszcza. Slavin brzmi tu jak Brendan Perry. To ta sama apokaliptyczna i złowieszcza maniera. Tylko że Dead Can Dance był mimo wszystko blisko życia, natury i człowieka oraz związanej z tym śmierci. Mission to The Sun to pocztówka ze świata, w którym ludzi zastąpiły maszyny. Słuchając tej płyty i przyjmując powyższą interpretację czuję, że poradziłyby sobie lepiej od nas. Choć muszę przyznać, że poprzeczka nie została ustawiona zbyt wysoko.

Pies – Na więcej nie mam sił (2021) [indie / jangle pop]

Melodyjne gitarowe indie dla melancholików? Można i tak. Poznański Pies idzie drogą wpadających w ucho melodii, które chce się zamruczeć pod nosem. Kroczy nieco nieśmiało, niepewnie, ale za to pełen uroku. Wyczuwam w tym dużą naturalność. Muzyka i teksty wypływają tu wprost z serducha, a całość wpisuje się nieco w twórczość takich zespołów jak Zawody czy Syndrom Paryski. Brak tu jednak złości obecnej w muzyce wyżej wspomnianych składów. Jest za to sporo schowanego za chmurami słońca, dużo nostalgii i marzycielstwa. Paradoksalnie taka zabarwiona smutkiem płyta może być bardzo ciepła w odbiorze. I tak też jest w tym przypadku.

Renmin Ribao – Yutu EP (2021) [alternative post-punk]

Kolejna ciekawa grupa ze stajni Koty Records (m.in. Zespół Sztylety czy Willa Kosmos). Renim Ribao skojarzył mi się z Iceage, a to wszystko przez to, że ich propozycja post-punku ma nieco psychodeliczny i surowy posmak. Wokale to po prostu kolejny instrument, dodający całości spore pokłady wisielczego nastroju. Przy pierwszym odsłuchu może wydawać się, że muzyka jest tu dość prosta, by nie powiedzieć gorzej – prostacka, ale to pozory. Tam w głębi dzieje się więcej, co jest główną zasługą syntezatorowych teł, podbijających tylko szorstkość i uwypuklając punkowe korzenie Yutu. Warto śledzić, w którą stronę rozwinie się ten projekt.