Mam poczucie niezagospodarowania osoby Roberta Brylewskiego na współczesnej scenie muzycznej. Uważam, że jego postać jest mocno niedoceniana zarówno (a także szczególnie) w mainstreamie (a ten za najlepszych lat jego działań przecież uchylał muzykowi nieco swe drzwi), jak i środowiskach alternatywno-niezalowych. Oczywiście tu i ówdzie jest wspominany. Słuchają go tzw. kumaci, ci bardziej zdolni i świadomi się nim inspirują, a mądre dziennikarskie głowy wspominają o nim w swoich książkach. Brzmieniowo jednak mało kto pociągnął zapoczątkowane przez niego tematy. Większej sceny byśmy z takich osobników nie złożyli. Są jednak wyjątki. Do nich należy stołeczny Faraway.
Grupa ta, tworzona przez młodych ludzi, rozwija nowofalową estetykę w wersji znanej nad Wisłą, zarówno odwołując się do klasyki, jak i poszerzając nieco ramy gatunku. Znajdziemy tu więc sporo leciwego punka, szczególnie w kontekście krzykliwego wokalu, ale przyobleczonego w piosenki w mniej standardowym rozumieniu tej formy. Zespół stawia raczej na dźwiękowe impresje, przepełnione saksofonowymi plamami, dubowym pulsem i czymś jeszcze. Tym ostatnim elementem jest mocno psychodeliczna, a może raczej kosmiczna otoczka. Chodzi o klawiszowe pasaże, które uzupełniają brzmienie Faraway. Jest ich tu sporo i nie pełnią jedynie roli tła, a walczą jak równy z równym o przestrzeń z bardziej hałaśliwym instrumentarium wykorzystanym na debiucie.
Czuć tu więc nie tylko ducha Brylewskiego, co całej (tzw.) sceny jarocińskiej. Widać też, że dla zespołu jest to dopiero początek drogi, ale już na starcie prezentuje nie tylko spory potencjał. Ma też w zanadrzu naprawdę dobry, choć miejscami troszkę nierówny wykonawczo i stylistycznie materiał. Mnie to jednak nie przeszkadza, bo w przewrotny sposób i tym pierwiastkiem Faraway nawiązuje do klasyków. W końcu w nowej fali nie o umiejętności technicznie się rozchodziło, co o brzmienie, kompozycje i pomysł na siebie. Grupa ma to wszystko, więc punkt wyjściowy w jej wykonaniu gwarantuje naprawdę dobry poziom. Dodatkowym, niewątpliwym plusem jest też to, że z każdym odsłuchem płyty można znaleźć na niej coś nowego. A odsłuchiwać chce się jej często i z uwagą — to akurat gwarantuję. Szczególnie fanom poczynań Roberta.

