Snakes Snakes Snakes po wydaniu fenomenalnego debiutu postawili na konkretny set bez udziwnień. Wybrzmiał głównie materiał ze wspomnianej płyty, odegrany dość wiernie, a przy tym mający w sobie mnóstwo energii. Nieco wadziło podkręcone nagłośnienie, bo przykryty został dość znacznie wokal, a na przód wysunęła się ciskająca gromy perkusja. Zespół postanowił się tym nie przejmować i po prostu zagrał swoje. Na początek muzycy wybrali bardziej klimatyczne, noszące znamiona melancholijnego romantyzmu granie. Grupa rozkręcała się jednak z kawałka na kawałek, podkręcając tempo i serwując hit za hitem. Brzmienie perkusji z jednej strony więc zdominowało resztę instrumentów, ale też podkreśliło, jak ważny jest to komponent w całej tej układance. Dodatkowo cała ta sytuacja uwydatniła rytmiczny potencjał wybrzmiewających tego wieczora kompozycji. Na koniec Snakes Snakes Snakes zaprezentowali nieco odmienne, bardziej krautowe oblicze, odlatując w stronę transu i być może zapowiadając nowy kierunek poszukiwań na kolejnym albumie. A już na pewno dając przedsmak tego, co miało nastąpić zaraz potem.

A wydarzył się dubowy hałas, którego autorem było trio Próchno. Dość jednostajnie wygrywająca sekcja akompaniowała unoszącym się gdzieś ponad nami wszystkimi dźwiękami gitary. Grupa składa swoje brzmienie z naprawdę, wydawałoby się, nieprzystających do siebie klocków, ale dzięki temu, że robi to tak sprawnie, wyróżnia się spośród wielu innych, stawiających na hałas składów. W ich wypadku prym wiedzie jednak basowy puls: nieraz bardziej, innym razem mniej wyraźny, ale cały czas obecny i prowadzący resztę w przeróżne rejony. Udało się więc zwiedzić rejony typowo transowe, wyciszająco ambientowe, konfrontacyjno-noise rockowe i drone’owe. Wisienką na torcie był utwór zagrany na perkusję i dwa bębny. Czuć było w tym organiczną egzotykę i ciągoty do eksperymentów. I takie określenie brzmienia Próchna chyba najbardziej do niego pasuje.
