Ten rok zaliczę do tych, podczas których udało się spełnić kilka marzeń. W temacie spotkania na żywo idoli industrialnego rocka / metalu na pewno tak jest, bo po warszawskim koncercie Godflesh i openerowym Nine Inch Nails do tego osobliwego trójkąta dołącza właśnie Marilyn Manson.
Spośród wymienionej trójki w przypadku bohatera dzisiejszego wpisu miałem najmniejsze oczekiwania. Do pomysłu sprawdzenia go na żywo podpalił mnie kumpel (dzięki Maciek!), który ogarnął temat przedsprzedaży, więc stwierdziłem — czemu nie? Moje podejście podyktowane było przede wszystkim opiniami na temat poprzednich gigów Mansona w naszym kraju, a konkretnie to ich jakością. Jakością dość dyskusyjną, tak to nazwijmy. I cóż, wierzę, że tak było. Czas przeszły.

Cieszę się, że Manson zagrał swój koncert po tak dobrym albumie, jak ten ubiegłoroczna. Nie przestraszyłem się więc tego, że to on może zdominować setlistę stołecznego koncertu. Wręcz przeciwnie! Szczególna radość ogarnęła mnie na kilka dni przed samym gigiem, kiedy nie wytrzymałem i sprawdziłem spis utworów z kilku występów tej trasy. Hity z One Assasination Under God – Chapter 1 obecne, a do tego zróżnicowana przekrojówka. Dobrana sprawnie pod dyktando gitarowej miazgi, bez zbędnych przerw na odpoczynek. Do tego prawie półtoragodzinny set. W teorii miało być pięknie. W praktyce było jeszcze lepiej.
Już otwierające Nod If You Understand wyważyło metaforyczne drzwi do serc publiki z kopa, ale gdyby ktoś się opierał, to na wiwat dostał z półobrotu Disposable Teens. I jeśli ktoś miał wątpliwości co do formy gwiazdy (tak, o sobie mówię), to te zostały rozwiane w tempie ekspresowym. Nie mówię tu tylko o wokalu czy kondycji fizycznej (chociaż mający radochę z widocznego bicka i okazale go prezentujący Manson nie dawał nam o niej zapomnieć), ale o ogóle energii płynącej ze sceny. Pewnie oglądacie i kojarzycie filmy z lat 90. z obowiązkową sceną mającą miejsce w jakimś podłym, gitarowym klubie. Na scenie młóci tam zazwyczaj mroczny, ultrawystylizowany, grający najbardziej cool jak się da zespół. I tak właśnie wyglądał Manson z ekipą na Torwarze. Różnica taka, że we wspomnianych filmach zazwyczaj w tle leci jakaś generyczna muzyka. Tu nie było o tym mowy.
Jeśli o ekipie już mowa, to za element fajności na pewno odpowiadał duet Piggy D — Reba Meyers. Meyers w ogóle brylowała, przejmując na siebie rolę gitarzystki solowej i dodając naprawdę sporo smaczków do aranżacji konkretnych utworów. W ryzach trzymał ich solidny perkusista Gil Sharone, ale podskórnie czuję, że to obsługujący gitarę rytmiczną Tyler Bates był mózgiem tej trasy. I pod względem muzycznym, budowania konkretnej dramaturgii, ale też strony estetycznej występu.

Na tę ostatnią poświęcę akapit, choć zazwyczaj nie jest ona dla mnie aż tak istotna. Tutaj robiła wrażenie i aż szkoda byłoby o niej nie wspomnieć. Manson przebierający się co kilka utworów to jedno, ale oprócz przebieranek mile zaskoczyło mnie to, w jaki sposób zespół dopasowywał wygląd sceny do nastroju konkretnych utworów. Te ze starszych płyt zagrane zostały niemalże jak w jakimś małym klubie, nawiązując do początków kariery artysty. Vogue’owy vibe zstąpił na nas w trakcie ultragitarowej i ciężkiej wersji This Is The New Shit, a z burleską mieliśmy do czynienia w mOBSCENE. Śnieg na zakończenie koncertu, w trakcie Coma White, w ogóle trudno skomentować inaczej niż przez WOW, ale chyba najlepsze były szczudła i wokalny popis na Tourniquet.
Manson jak ryba w wodzie prezentował różne odsłony swojej twórczości. Kilka wyreżyserowanych sztuk tego typu widziałem i te zdecydowanie przebijały rozmachem występ Briana Wernera. Natomiast wszystkie one miały w sobie pierwiastek teatrzyku (Ghost, King Diamond). Mansonowi z kolei wszystkie te dziwne miny i obleśne gesty wychodziły zupełnie naturalnie. Nie podejmę się próby interpretacji tego w żaden konkretny sposób, ale dodawało to wiarygodności odgrywanym utworom i nie odciągało od ich meritum, a właśnie podbijało esencję. A tą był po prostu konkretny, gitarowy wpierdziel. Całość brzmiała naprawdę organicznie i energetycznie, czemu upust dawała pogująca i tańcząca do utraty tchu publika znajdująca się pod sceną. Odbiór tejże był świetny, co dodatkowo nakręcało do jeszcze ostrzejszej gry grupę i jej lidera.
Ulubione momenty? Wspomniane, wywołujące falę młodzieńczej wściekłości Disposable Teens oraz podkręcone do maksimum This is The New Shit. Oprócz tego łapiące za serducho Great Big White World, podniosłe i romantyczne As Sick as Secrets Within oraz faworyt w postaci doskonałego One Assassination Under God. Do tego melancholijny Coma White oraz bluźniercze Sacrilegious. W sumie mógłbym wymienić całą setlistę.

Mówią, żeby uważać na to, co nam się marzy, bo może się spełnić. W tym wypadku marzyć nawet nie śmiałem, a okazało się, że właśnie tego potrzebowałem. Mansona bez problemów z dragami, cieszącego się przede wszystkim muzyką i to jej oddającego się w pełni. To był bardzo zaskakujący, a przy tym po prostu świetny wykonawczo koncert. Taki, który z pewnością zapamiętam na długo i który dał mi mnóstwo energii na kolejne zimne i ponure, listopadowe dni.

PS: Przed Mansonem na scenie przez pół godziny publikę rozgrzewało Dead Posey. Był to naprawdę sympatyczny, choć pozbawiony oryginalności koncert. Swoją rolę jednak spełnił, a o nudzie przez te pół godziny nie było mowy. Podbity industrialem alt rock to samograj i w tym wypadku zespół postawił na prostotę. Udziwnianie nie miałoby sensu, choć osobiście przy dźwiękach scoverowanego Blue Monday pomyślałem, że jak już brać się z taką piosenkę, to lepiej zrobić to chociaż tak, jak zrobiło to kiedyś Orgy.
PS2: Czwartym do tego, by spełnić marzenie o zobaczeniu wszystkich ulubionych zespołów gatunku, byłoby Machines of Loving Grace. To jednak mi nie grozi, bo grupa od dawna nie istnieje. Pozostanę więc niespełniony. Może to i lepiej?

