Płyty, do których wracałem najczęściej | Edycja 2025

W tym roku do tematu podsumowania podszedłem nieco inaczej. To skutek postępującego u mnie trendu odsłuchu coraz mniejszej liczby nowości. Procentowo, biorąc pod uwagę wszystkie godziny spędzone z muzyką, dźwięki świeże powoli ustępują tym starszym. I to nie jest tak, że popadłem w stagnację i nie mam parcia na nowe. Wśród staroci też zazwyczaj wyszukuję czegoś jeszcze mi nieznanego, odkrywając zapomniane przez historie składy i zachwycam się artystami niedocenianymi lub po prostu mniej popularnymi. Z zainteresowaniem nadrabiam też żelazne klasyki, które pominąłem w trakcie formowania swojego muzycznego gustu. Wracam też wreszcie bez poczucia winy, że tracę coś będącego „na czasie” do uznanych i lubianych przeze mnie staroci.

Zmiana ta wynika z tego, że przy tak ogromnych ilościach nowej muzyki czuję się nią zwyczajnie przytłoczony. Do tego mam nieodparte wrażenie, że wraz z rosnącą liczbą muzycznych świeżynek w parze nie idzie wcale jakość. Muzyki przeciętnej, nudnej, takiej do puszczania w tle jest niestety coraz więcej. Nawet jako gość od polecania muzyki gubię się w gąszczu nowych tytułów. Słucham, ale czy tak naprawdę słyszę? W ubiegłych latach dochodziło do tego, że zacząłem traktować słuchanie muzyki jak obowiązek. W roku 2025 wyluzowałem. Postawiłem na wolniejsze, uważniejsze zapoznawanie się z muzyką, ale też cofnąłem się nieco, skręciłem w boczną ścieżkę i przewartościowałem sobie swoje hobby. 

Co to oznacza w praktyce? W przyszłości planuję udoskonalić formę polecanek, mieszać stare z nowym i wyspecjalizować się w tym, co chyba najbardziej mnie interesuje — scenie undergroundowej i lokalnej. Konsekwencją zmiany podejścia jest też poniższa lista. Nie nazwałbym jej zestawieniem najlepszych zeszłorocznych albumów. W żadnym wypadku. To zbiór wydawnictw, z którymi zdążyłem się bardziej zaprzyjaźnić na przestrzeni ubiegłego roku i które powodują szybsze bicie mojego serducha lub też chęć statecznych wygibasów. Część z nich pewnie mignęła Wam w innych podsumowaniach, a o pewnych zapewne dowiecie się dopiero teraz. Mam jednak nadzieję, że chociaż część z nich wywoła w Was większe emocje i zainteresowanie oraz że nie poczujecie się w obowiązku odsłuchiwać ich wszystkich. Nie o to w tym wszystkim chodzi.

PS: części tytułów brakuje pewnie dlatego, że proces przesłuchiwania wydawnictw wydanych w roku ubiegłym nadal trwa. Bawię się dobrze!

Poniżej wybrane albumy. Kolejność (nie)przypadkowa.

University – McCartney, It’ll Be OK [experimental post-noise-hardcore-emo]

Chaos to podobno przeciwieństwo porządku. Kto tak sądzi, ten powinien sięgnąć po debiut brytyjskiego University. Kakofonia noise’owych, przepełnionych skrajnymi emocjami dźwięków powinna co najmniej drażnić. A jednak w tym wypadku tak nie jest, bo zespół potrafił poukładać wszystkie swoje inspiracje (a tych jest sporo, bo nieustanna math rockowa zmiana rytmów zderza się tu z agresją zapożyczoną z post-hardcore’u) w taki sposób, że słuchając McCartney, It’ll Be OK zamiast zagubienia odczuwamy ulgę. Zazwyczaj mając lekkie uczulenie na niepotrzebnie eksperymentalne i udziwnione podejście do tzw. gatunkowego grania w tym wypadku wywieszam białą flagę. McCartney, It’ll Be OK to płyta kompletna, do tego właściwie pominięta w większości tegorocznych podsumowań. Cóż — o jej wielkości przekonacie się zapewne po latach, bo jakość się nie starzeje, a ta spod rąk pojętnych uczniaków University jest tak wielka, że klękajcie narody. Przed wielkością McCartney, It’ll Be OK oczywiście.

Black Mynah – Worried ’bout Madame [ethereal post-punk / dark shoegaze]

O tym albumie szerzej pisałem w dość rozbudowanej recenzji, w której podzieliłem się z Wami (i z zespołem) swoją własną interpretacją materiału. Zachęcam do przeczytania całości i to tym bardziej, że nadal regularnie wracam do tego wydawnictwa i z każdym kolejnym powrotem otwiera ono kolejne szufladki w mojej głowie. Skracając jednak i posiłkując się cytatem własnym: „Worried ‘bout Madame to moja ulubiona tegoroczna płyta. Nawet jeśli, a może właśnie dlatego, że dzięki swojej wyjątkowości i magii stanowi antidotum na rzeczywistość. Posłuchasz, wciągniesz się i przepadniesz. Piękna sprawa.”

The Smashing Pumpkins – Machina: Aranea Alba Editio [alt-rock / alt-metal / gothic industrial dreamgaze]

Niespodziewanie drugi rok z rzędu na liście wyróżnionych płyt widnieje nazwa mojego ulubionego zespołu. O ile jednak rok temu mowa była o nowym materiale, tak teraz mamy do czynienia z czymś w rodzaju kompilacji. Już tłumaczę, o co chodzi. Wskutek niedogadania się z wytwórnią, ale też kryzysem wewnętrznym w zespole, wydane w 2000 roku płyty MACHINA / The Machines of God oraz MACHINA II / The Friends and Enemies of Modern Music nie zawierały w całości materiału, który powstał w tamtym czasie. W dodatku do piachu poszedł cały, rozbudowany koncept, stanowiący rozwinięcie historii Mellon Collie and the Infinite Sadness. Teraz, po wielu latach, wreszcie możemy (?) zapoznać się z całością. Ta to osiem płyt winylowych, z czego pięć zawiera materiał właściwy, a trzy wersje alternatywne, rarytasy, live’y i inne bonusy. Właśnie, zapoznać… Tak nie do końca, bo pomimo ponownego ogarnięcia miksów i poukładania tego przepastnego archiwum oraz wtłoczenia go w płytę, to sam zestaw można (było) zamówić tylko u samego jej lidera, w jego kawiarni / sklepie Madame Zuzu’s. Kto sprytny, ten i tak dorwie go w inny sposób. Zdecydowanie warto i mówię to z pełną odpowiedzialnością — pomimo rozmiarów nie jest to rzecz tylko dla ultrasów. To materiał, który udowadnia, że The Smashing Pumpkins jest jednym z największych, ale też najbardziej kreatywnych zespołów w obrębie szeroko pojętego alt rocka i że w pewnym momencie (do tego dość długim, bo właściwie od 1993 do 2000 roku) mało kto mógł się z nim mierzyć pod względem kreatywności.

Crippling Alcoholism – Camgirl [darkwave noise rock]

Płyta, z którą obwąchiwałem się w tym roku najmocniej. Camgirl nie dawała mi o sobie zapomnieć i finalnie była jedną z tych pozycji, które trafiły w sam środek tarczy. A to wszystko przez bardzo odważną, a przy tym oryginalną zawartość i to zarówno muzyczną, jak i tekstową. Zacznę nietypowo, jak sam zespół, od tej drugiej. W kwestii liryki nie ma na tej płycie tematów tabu, a głównym wątkiem spajającym całość jest socjopatia. Taplanie się w błotsku i ludzkim syfie, przyjmując (niewdzięczną) rolę zdegenerowanego podmiotu lirycznego zespół opracował do perfekcji. Tak jak i łączenie ze sobą zupełnie, wydawałoby się, niepasujących do siebie elementów. Tylko w głowie osoby chorej lub genialnej mógł bowiem narodzić się pomysł na to, by gotyk wpleść w noise rocka, doprawić to szczyptą synthpopu i utopić w shoegaze’owej produkcji. W ogóle klimat samych utworów jest tematem na osobny esej, ale określiłbym go w skrócie jako ultra intensywny, a przy tym zupełnie nienachalny. Tak, to brzmi jak paradoks: zresztą jak cały ten album. Jest on wręcz urzekająco romantyczny, melancholijny, a przy tym obrzydliwy i przyciągający. Nadal go nie rozgryzłem, ale nie przeszkodziło mi to w tym, by go pokochać.

Obscure Sphinx – Emovere EP [atmospheric sludge metal]

Los płyt styczniowych z góry jest nam wszystkim znany. W kontekście podsumowań całorocznych to wydawnictwa z góry skazane na porażkę i zapomniane na rzecz nowości z końcówki analizowanego okresu. Czuję się odpowiedzialny, by tak nie było w tym przypadku. Emovere to perełka pod względem budowy zwięzłego, gęstego klimatu z zachowaniem różnorodności poszczególnych fragmentów czy szerzej — całych kompozycji. Pomysłów na tym niespełna półgodzinnym wydawnictwie co niemiara, bo na bazie ogólnego gitarowego ciężaru i wspaniale spajającego wszelkie wątki wokalu Zofii Frąś zespołowi i jej liderce udało się wpleść elementy folku, progresywnego metalu i zapożyczyć sporo narracyjnych rozwiązań od post-metalowych tuzów. Efektem tego bardzo intensywne, całkowicie pochłaniające słuchacza pół godziny różnokolorowej i wielowątkowej Muzyki.

ДК Енергетик – Квадрати [post-punk / coldwave]

W ostatnich latach chyba żadna z tak wyraźnie osadzonych w (tym) gatunku płyt nie przyciągnęła mnie do siebie na tyle, co Квадрати ukraińskiego ДК Енергетик. To, że nasi wschodni sąsiedzi potrafią w zimną falę, wie każdy, kto choć trochę przeszukuje te rejony. Opisywany przykład to po prostu najwyższej jakości współczesny coldwave: odpowiednio mroczny, zaśpiewany z pełnym zaangażowaniem i brzmiący jak z dawnej epoki. Definicja szarówy. Z jednym „ale”. Poszczególne kompozycje na Квадрати są wręcz nieziemsko melodyjne. Do tego z partii gitarowych, mimo że zagranych wedle prawideł obranej stylistyki, bije niesamowite ciepło. Wszystko to podbijają bardzo zapamiętywalne, nadające się do nucenia fragmenty. W kategorii przebojowości to zdecydowanie jedna z najbardziej porywających płyt ubiegłego roku. Żadna rewolucja dla gatunku, ale jednocześnie album udowadniający, że coś nowego jeszcze, a już na pewno jakościowego można w nim wymyślić.

Gorycz – Zasypia [urban post-blackish metal]

Odkrycie z kategorii tych: znam, zawsze byli gdzieś obok, coś tam słuchałem, ale tym razem przepadłem w pełni. Miejski (w tym momencie raczej post- niż black, ale generalnie walić łatki) metal w wykonaniu Goryczy to nie tylko oryginalna forma, ale też treść. Nie umiałbym zresztą określić, który z tych elementów na Zasypia jest ważniejszy. Najważniejsze jest to, że zamknięte w formie utworów opowieści tworzą razem przemyślaną, spiętą ze sobą całość. Bardzo emocjonalną, bowiem poruszającą (to chyba ten bas!) zakamarki duszy historią o nas. Z zaskakującą zabawą językiem: czymś na przecięciu poezji z mową potoczną. A o czym to? O ludziach. O naszych codziennych rozterkach i dramatach. Tragediach i sięganiu dna oraz trudności w komunikacji. Gorycz potrafi wejść na poziom niedostępny innym i wyłowić z całego tego bagna pełne spektrum emocji. Dodatkową wartością jest dla mnie to, że mimo przynależności do pewnej sceny, grupa nie wstydzi się czerpać inspiracji od innych. Muzycy flirtują z nową i zimną falą, dzięki czemu całość nie tylko pasuje do poruszanych przez nich tematów, ale zyskuje też niepowtarzalny na polskiej scenie klimat, szczególnie wyczuwalny poprzez transowe, minimalistyczne pod względem zastosowanych patentów aranżacje. Majstersztyk.

Die Spitz – Something to Consume [grungy sludgy]

Czy grunge jeszcze istnieje? Jeden flanelowiec powie tak, drugi powie nie. Ja zaliczam się do tych pierwszych, choć zdaję sobie sprawę, że obecne zespoły jedynie nawiązują do tego kojarzącego się z konkretną dekadą i okolicznościami trendu. Nie mam z tym jednak problemu, bo akurat to rzężące brzmienie to należy do jednego z moich ulubionych. I właśnie od niego wychodzi pochodzący z Austin zespół Die Spitz. Na szczęście grupa nie jedzie na znanym patencie, tylko wzbogaca kanon nieco mniej oczywistymi zagrywkami. Konkretnie to dodaje zdecydowanie więcej dołu z jednoczesnym zachowaniem odpowiedniej dozy melodyjności i prostoty. Czyli sludge jak się patrzy. Do tego trochę elementów noise rocka i innego Helmetopodobnego brzmienia. To wszystko powoduje, że Something to Consume konsumuje się (hehe) z przyjemnością. Ja prosiłem w tym roku o dokładkę regularnie.

Suede – Antidepressants [britgoth / post-punk]

Ciekawe, że najciekawszą okołogotycką płytę w 2025 roku nagrał skład, który w ogóle się z tą stylistyką nie kojarzy. Tak, sam jestem autentycznie w szoku, ale Antidepressants to nie tylko udana zmiana pod względem brzmienia, ale w ogóle bardzo dobra, a przy tym szczerze brzmiąca płyta. Odkładając na bok moje (szczególnie początkowe) zaskoczenie, to przy kolejnych odsłuchach równie zaskakująca dla mnie była i jest energia, jaką emanuje zespół. Widać, że ta ewolucja jest po prostu zupełnie naturalna i nie ma tu mowy o jakiejś kalkulacji ze strony muzyków Suede. Antidepressants przepełnione jest żarem koloru czarnego, ale też po prostu — świetnymi, wpadającymi w ucho hymnami na cześć melancholii i smutku.

Shallowater – God’s Gonna Give You a Million Dollars [slowcore emo / shoecountry]

Opis tej płyty to bezpośrednia inspiracja jednym z komentarzy pod jego zawartością w którymś z YouTube’owych filmików. Otóż Shallowater brzmi tutaj jak wychowany na muzyce lat 90. emo Neil Young z soundtracku do Truposza (oryg. Dead Man). To mówi właściwie wszystko o zawartości God’s Gonna Give You a Million Dollars i jako że mi w duszy gra takie brzmienie, to rozsmakowałem się nim w pełni. Może brak tu bardziej rozpoznawalnych motywów w obrębie poszczególnych kompozycji, ale całościowo jest to piękna, najeżona przesterem oraz pełna emocji muzyczna magma. Aż tyle.

Brainbombs – Die [classic psychedelic noise rock]

Kolejna gatunkowa pozycja na liście. Szwedzi z Brainbombs mają swój patent na granie noise rocka i konsekwentnie stosują go od ponad 30 lat. Tu więc potrzeby wymyślania się na nowo nie było — bo i po co i dla kogo? Podziw budzi nie tylko sama konsekwencja grupy, co jakość nagrań, które znalazły się na Die. To podlany zwichrowaną psychodelą noise rock w najlepszej formie. Pełen agresji, skupiony na rytmie i wymierzaniu kolejnych ciosów z pomocą czystego hałasu. Starzeć można się na różne sposoby, a to, że łagodność przychodzi z wiekiem, jak udowadniają Brainbombs zwykła bujda.

Ho99o9 – Tomorrow We Escape [hardcore nu rap metal]

Eklektyzm może być zgubny. Ważne, by spajała go jakaś wspólna myśl lub mianownik i w tym wypadku tak właśnie jest. Pomimo lawirowania od czystego rapu na industrialnych podkładach przez okazjonalne skręty w pop punkowe i nu metalowe ścieżki, najnowsza pozycja Ho99o9u łączy jedno — niesamowita energia. Moc czystego wpierdolu. Nie ma zmiłuj — bombardowani dźwiękami i nawijką jesteśmy od początku do końca, bez przerwy na oddech czy ewentualny unik. Płyta bardzo oczyszczająca, prosta w swej konstrukcji, ale to najzwyczajniej w świecie działa. Dla osób chcących wykrzyczeć światu na wszystkie możliwe sposoby „Fuck Off!” rzecz bezcenna, a że przy okazji kolorowa i niejednorodna… tym lepiej!

Backxwash – Only Dust Remains [dark gospel rap]

W przypadku tego albumu mniej w nim bezpośredniej złości, za to mnóstwo niezgody na zło. Only Dust Remains to bardzo osobista wypowiedź pochodzącej z Zambii Ashanti Mutinty: sposób na rozprawienie się z przeszłością, własną depresją, ale też bezlitosnym i obrzydliwym opresyjnym otoczeniem pod postacią bezwzględnej polityki. Nie da się takich tematów poruszać w sposób wesoły, ale pomimo bardzo ciemnej aury unoszącej się nad tą muzyką, ta potrafi być miejscami całkiem… przebojowa. Oprócz zwyczajowej inspiracji horrorcorem Backxwash posiłkuje się też elementami muzyki gospel oraz nieco bardziej wyczuwalną niż na poprzednich wydawnictwach popową produkcją. Żeby była jasność: to nadal rzecz przynależąca do alternatywy i niekłaniająca się w żadnym stopniu mainstreamowi, ale tym razem mniej jednorodna. Efektem tego to, że Only Dust Remains to nie tylko najdojrzalszy z dotychczasowych albumów artystki, ale też najlepszy pod względem produkcyjnym. Ashanti wykorzystuje różnorodność do przedstawienia konkretnych historii. W tym celu stostuje nie tylko świeżą produkcję, ale posiłkuje się całym spektrum swojego imponującego wokalu. Poszczególne opowieści są perełkami samymi w sobie, a w całości tworzą album, który już teraz śmiało można postawić obok największych dokonań alternatywnej sceny rapu ostatnich dekad.

Snakes Snakes Snakes – Syk [psychedelic garage rock]

“Raz na jakiś czas, w naszym grajdole zwanym undergroundem, mamy do czynienia z debiutem zespołu w pełni ukształtowanego. Takiego, który nie tylko wie, co chce (za)grać, ale też dokładnie wie, jak to osiągnąć. Grupy, która już na starcie ma w pełni ukształtowany styl i której nie da się pomylić z żadną inną. Świetnie, jeśli dodatkowo idzie za tym pewność siebie i energia, zwane często charyzmą. A gdy dodamy do tego dopracowaną produkcję albumu, na którym dokładnie słychać obraną przez muzyków wizję, to mamy do czynienia z sytuacją idealną.”

Czy trzeba dodawać coś więcej? Ano jak najbardziej. Cała recenzja TUTAJ.

SENTRIES – Gem of the West [post-punk / noisey art math rock]

Post-punk to nadal mój ulubieniec spośród gatunków, a obecnie (a może od zawsze) jest w czym wybierać w kontekście zespołów i artystów, którzy obrali ten właśnie muzyczny kierunek. Nie zawsze ilość idzie w parze z jakością, ale generalnie scena ma się dobrze. Perełek jest jednak niewiele, ale na pewno do ich grona można zaliczyć kanadyjskie SENTRIES. Zresztą wymieniona stylistyka to tylko punkt wyjścia do zabaw dźwiękiem, żonglowania rytmem i gatunkowych poszukiwań dla tejże grupy. Spaja to wszystko niezwykła wręcz energia, a jedyną stałą jest tu ciągła zmiana. Gem of the West słucha się tak, jak ogląda się film z kategorii „zabili go i uciekł” – od zwrotów akcji miesza się w głowie, oczy (uszy) wpatrzone (wsłuchane) w ekran (w głośniki) w pełnym natężeniu, a każdy najmniejszy trop powoduje kolejne rozkminy odbiorcy. Brzmi jak rollercoaster i trochę tak jest, ale to nie maszyna z upadłego i mającego czasy świetności za sobą lunaparku, a najnowszy, innowacyjny cud techniki, wykorzystujący wszystkie najlepsze możliwe rozwiązania. Chylę czoła przed tym, że zespołowi udało się zachować taką intensywność na przestrzeni całego albumu. Wracam do niego z ogromną chęcią i oprócz ulubionych motywów z przyjemnością odkrywam w nim pomniejsze, choć równie znaczące wątki.

Vlure – Escalate [rave, punk & trance]

Czy wypada tańczyć do muzyki zaangażowanej? Pełnej punkowej pasji i prostoty, nieoszlifowanej, za to kipiącej energią? Oczywiście. Tym bardziej trzeba, gdy podkłady przypominają, a raczej kojarzą się z muzyką trance z przełomu wieków. Vlure to dla mnie zagadka — niedobory wokalne i kompozycyjne opakowuje bowiem w tak osobne, a jednocześnie charakterne dźwięki, że trudno mi się oprzeć całości. Escalate postrzegam bardziej jako doświadczenie, a główną tego zasługą jest stylowa produkcja. Brzmi to wszystko tak, jak gdyby naćpany wieszcz prawił kazanie gdzieś w opuszczonej hali magazynowej na rave’owym spędzie, a że wspomniany jegomość charyzmy ma aż nadto, to łatwo dać się mu uwieść. Do tego ta straceńcza, pełna repetycji muzyka. Coś innego i osobnego. Dla mnie bardzo odświeżającego.

Pleń – Rondo straconego czasu [post-rock / psychedelic rock]

O tej płycie również rozpisałem się szerzej w recenzji. Dziś dodałbym do niej Post Scriptum w postaci komentarza dotyczącego ostatniego, nieco zmieniającego wymowę całości utworu pt. Kompot. Ten stanowi piękną przeciwwagę dla reszty dzięki zasygnalizowaniu powrotu do natury jako antidotum na miejski chaos. Do czego piję? Tego dowiecie się ze wspomnianego tekstu, a wyciągając z niego krótki fragment: Rondo straconego czasu „To pełen przemyślanej improwizacji, świetnie skonstruowany pod względem aranżacji materiał, który wykorzystując hałaśliwą psychodelę opowiada znakomitą, a przy tym bliską nam wszystkim historię.”