View Of A Burning City / Datûra / Cold in Berlin

Pierwsze spotkanie z duetem w wersji koncertowej i szybkie, luźne skojarzenie — sludge’owe Black Sabbath. Mowa o View Of A Burning City, czyli wspólnym projekcie muzyków na co dzień kojarzonych z grupą Żurawie. W tym wypadku w wydaniu bez litości, bo praktycznie od razu zrzucili na publikę tony gruzu. Całe szczęście, że dzięki grooviastym rytmom otrzepywanie się z kurzu przybrało charakter taneczny. Trzecim elementem charakterystycznym dla tego występu był gościnny, wokalny występ Gabrieli Wasilewskiej, która wsparła chłopaków na scenie w dwóch utworach. Te przybrały bardziej post-metalowe, klimatyczne oblicze. Dobry i bardzo głośny koncert.

View Of A Burning City (Ignacy)

Datûra zwaliła mnie z nóg w 2023 roku, kiedy zupełnie nieprzygotowany zameldowałem się pod sceną na jej koncercie podczas festiwalu Skowyt. Tym razem byłem niby bardziej przygotowany, a i tak zaskoczyła mnie intensywność występu grupy. I to zarówno w sferze muzycznej, jako że muzycy mocno podkręcili głośność oraz intensywność (szczególnie w odniesieniu do skupionej bardziej na klimacie, zawierającej dark folkowe elementy płyty) dźwięków, jak i wokalu. Ten pierwszy aspekt przybrał postać rozbudowanych, pełnych dramaturgii i przemyślanej narracji, ale też bezpośrednio tłukących riffami i groovem głowy odbiorców kompozycji. Wokal z kolei zasługuje na niemalże osobny akapit, bo to, co z głosem robiła Michalina Maja Rutkowska, w moim odczuciu jest zupełnie nieosiągalne dla przeciętnego śmiertelnika. Czysto, wysoko, nisko, agresywnie, subtelnie — a to wszystko spięte okazjonalnym czarcim wyziewem. Jakbym tego nie opisał, to nie odda to w żadnym stopniu tego, jak wspaniale głos wokalistki zazębiał się z muzyką. W zestawieniu z dość teatralnymi, ale jak najbardziej pasującymi do reszty gestami Rutkowskiej całość zyskała unikalny, wiedźmi charakter. Doceniam taki poziom oddania sprawie, szczególnie że za zamysłem szła zarówno technika, jak i dobre utwory. To był występ, który utkwi mi w głowie na długo.

Datûra (Michalina Maja Rutkowska)

Tak samo zresztą będzie z koncertem Cold in Berlin. Do klubu jechałem z nastawieniem dość neutralnym. Preferuję pierwsze, uprośćmy to i powiedzmy, że bazujące na post-punku niźli ostatnie, osadzone w doomowym dźwiękowersum płyty. Jednocześnie byłem ciekaw tego, czy w ogóle, a jeśli tak, to w jaki sposób grupa poskleja na scenie te odmienne wątki ze swojej dyskografii. Nie trzymając Was w niepewności — posklejali i to na takim patencie, że niemal rozsadzili klub. Wyobraźcie sobie post-punkową rytmikę i brzmienie przefiltrowane przez metalowy ciężar i taki też performens. Piosenki były więc nie tylko melodyjne, taneczne, ale też mroczne i głośne. Muzycy od pierwszej sekundy postawili na intensywność, by z każdym kolejnym utworem tylko ją podbijać. Wtórowała im w tym wokalistka (Maya), która nie tylko szarżowała głosem, co hipnotyzowała scenicznym obyciem. Sceną był zresztą dla niej cały klub, bo sporą część setu wykonała przechadzając się swobodnie między ludźmi. Nie było w tym ani krzty taniego gimmicku, a stanowiło, tak mi się wydaje, naturalny element występu opisywanej grupy. Przepływ energii był więc swobodny, a że tej było sporo, to naprawdę trudno było ustać w miejscu. Czuć też było chemię między muzykami, co widoczne było we wzajemnych interakcjach, ale też wspólnym nakręcaniu się do tego, by zabrzmieć jeszcze lepiej, mocniej, intensywniej. Dość powiedzieć, że cel udało się wykonać i to z nawiązką, a koncert Cold In Berlin ląduje w topce tego roku. Mamy drugą połowę lutego, ale jednak.