Sunwell / Sophia Djebel Rose / RobotaRobota | Desdemona 21.03.26

Przepis na dobry drone’owy koncert wydaje się prosty. Narzuć na siebie szatę z kapturem, weź gitarę i baw się efektami tak, by publika nie mogła rozkminić, skąd pochodzi dany dźwięk. W teorii proste, w praktyce niekoniecznie. Muzycznym iluzjonistą trzeba się po prostu urodzić. Sunwell to projekt jednoosobowy, ale ścianę (post-) metalowego dźwięku tworzy taką, że nie patrząc na scenę można było obstawiać, że znajduje się na niej cały zespół. Zbudowana poprzez repetycje szorstka podstawa pozwalała na różnorodne zwroty akcji — i to często w ramach jednego utworu. Folk więc zbijał piątkę z post-metalem, a patos z subtelnością. Bardzo wciągnęło mnie to granie, uspokoiło i przeniosło na chwilę w jakieś bliżej nieokreślone, miłe miejsce. Muzyka działająca na wyobraźnię.

Sophia Djebel Rose

Eksperymenty mają to do siebie, że czasem mogą nie chwycić. W ogóle koncerty to rzecz subiektywna, bo o ile można stwierdzić, czy ktoś ma (muzyczny) warsztat, czy nie fałszuje albo trafia w tempo, tak nawet przy zachowaniu tego wszystkiego dźwięki mogą najzwyczajniej nie trafić w gusta. Sophia Djebel Rose zaprezentowała zdecydowanie wysoki poziom wykonawczy, ale mnie niestety nie porwał jej performance. Widząc jej zaangażowanie i umiejętności (syntezator, fisharmonia, gitara, śpiew!) oraz zręczność w połączeniu mrocznych tematów z muzyką francuską trochę zawstydziłem się swoją reakcją. Nie zmienia to faktu, że niezwykle trudno było mi wejść w jej dopracowany, acz bardzo pokręcony i chyba jednak przeestetyzowany, mroczno-folkowy świat. Być może myślami przebywałem jeszcze tam, gdzie zabrało mnie Sunwell, ale w pewnym momencie wywiesiłem białą flagę. Mimo wszystko nie żałuję, że spróbowałem.

RobotaRobota

RobotaRobota zabrała nas w jeszcze inne krainy. Takie, gdzie podstawową formą komunikacji jest groove. Zaskakująco więc, bo przecież jest to trio nominalnie parające się jazzem, cała sala z(a)decydowała, że najlepszą odpowiedzią będzie taniec. Zespołowy groove nie miał funkowego posmaku i to mimo że był oparty na świetnej współpracy na linii bas-perkusja. W tym jednak wypadku prawdziwym nosicielem wyzwalających w odbiorcach podrygów były soczyste synthy. Saksofon przyjął z kolei pozycję nosiciela melodii i miałem wrażenie, że tańczy wraz z nami. (Call to) action jazz jak się patrzy, stanowiący naprawdę żywiołowe i udane zakończenie tego bardzo różnorodnego muzycznie wieczoru.