Soundrive Festival to trójmiejski festiwal muzyczny, który już chyba nierozerwalnie kojarzyć się będzie zarówno z krajobrazem stoczniowym, jak i powoli kończącym się latem festiwalowym.

mde

Tegoroczna edycja była już 5. odsłoną festiwalu, a 4. odbywającą się na terenie klubu B90, znajdującego się na terenach postoczniowych. W tym roku mieliśmy do czynienia z kilkoma nowościami – dwie nowe sceny (co razem dawało ich pięć), lekka zmiana profilu muzycznego przedstawionych wykonawców, większa ich ilość (39. zespołów w porównaniu do 30. występujących w zeszłym roku) i coraz mocniejsza reprezentacja zespołów polskich, których występy traktowano (prawie że) na równi z występami zespołów zagranicznych.

Z takim zamierzeniem mieliśmy do czynienia już rok temu, ale podczas tegorocznej edycji jedynie rozszerzono tę formułę. Zmiany te wyszły festiwalowi na dobre, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że był to dopiero wstęp do tego, aby odnaleźć swoje miejsce na festiwalowym rynku muzycznym, a także aby uzyskać własną tożsamość. Krok w dobrą stronę, chociaż niekoniecznie pod względem frekwencyjnym – brak headlinerów, którzy mogliby pociągnąć to wydarzenie był widoczny i jako argument pojawiał się w wielu komentarzach zarówno przed jak i po imprezie.

Dzień 1 rozpoczął się dla mnie koncertem Pixx na głównej scenie. Artystka ma na swoim koncie tylko jedną, wydaną w zeszłym roku EPkę Fall In, wydaną nakładem legendarnego wydawnictwa 4AD. Muzyka klimatyczna, niespieszna, rozmarzona, miejscami budząca skojarzenia z Cocteau Twins. Poszczególne kompozycje spaja klamrą subtelny wokal zaledwie 19-letniej Hanny Rodgers i to też on wybijał się w trakcie tego koncertu na pierwszy plan. Grupa wystąpiła w trzyosobowym składzie i być może dzięki temu wykonywane utwory nabrały nowych cech – zabrzmiały zdecydowanie bardziej tanecznie niż na płycie. Widać jednak było pewien brak doświadczenia bądź nieśmiałość w poczynaniach wokalistki, ale zagrany przez nią materiał sprawił, że tym bardziej warto czekać na jej pełnoprawny debiut w postaci albumu długogrającego.

Przyznam, że nie do końca mi po drodze z muzyką wykonywaną przez zespół Hinds (mam wrażenie, że gdzieś to już słyszałem i to w lepszym wykonaniu), ale dziewczynom nie sposób odmówić uroku osobistego i świetnego kontaktu z publicznością. Ich daleki od ideału angielski dodawał temu wszystkiego tylko autentyczności, a gadatliwość artystek zmniejszała dystans dzielący widownię od sceny. W tym samym czasie co dziewczyny z Hiszpanii swój występ na scenie „kontenerowej” miała grupa Dogs In Trees, więc i na nich pognałem. Bardzo podoba mi się ich płyta Pióra Mew (w dodatku ciekawie wydana – razem z albumem dostajemy autentyczne piórko), którą łączy w sobie zamiłowanie do zimnofalowego grania z dodatkiem elektroniki spod znaku (raczej późniejszych dokonań) Clan of Xymox. Koncert spełnił moje nadzieje i materiał ten zabrzmiał równie dobrze na żywo, choć publika nie dopisała. Wydaje mi się, że taki rodzaj muzyki lepiej odnalazłby się w małej salce przy Soundrive Stage, ale rozumiem, że przeważyły kwestie logistyczne – łatwiej jest umieścić dwuosobową grupę na malutkiej, „kontenerowej” scenie, niż gdyby miał tam grać cały, czteroosobowy zespół.

Trochę rozczarowała Zimowa, podczas występu której miałem wrażenie, że wolałbym po raz kolejny posłuchać wydanej przez nią płyty w zaciszu domowym. Może to kwestia materiału, a może samych muzyków, którzy nie potrafili oddać klimatu swojego materiału na żywo. Nie był to zły koncert – rozkręcał się jednak powoli i dopiero gdzieś pod koniec dało się odczuć tę iskierkę magii, którą niewątpliwie posiada ich muzyka. Czekam na więcej – być może zespół okrzepnie koncertowo i w przyszłości będzie potrafił wprowadzić swoich słuchaczy w odpowiedni nastrój podczas występu na żywo.

Dość dużym, pozytywnym zaskoczeniem pierwszego dnia był dla mnie występ lubelskiego Stonkatank. Takiej rytmiki i połączenia dwóch, wydaje się nieprzystających do siebie światów, nie widziałem od dawna. Duet Borys Kunkiewicz (wokal + elektronika) oraz Łukasz Tomczak (perkusja) dali bardzo energetyczny koncert, na którym nie dało się po prostu stać i słuchać. Nogi same wyrywały się do tańca bądź do lekkiego tuptania w rytm prezentowanych utworów. Rytm oraz częste jego zmiany w obrębie jednego utworu stanowią bowiem podstawę muzycznego koktajlu uprawianego przez dwóch powyższych panów. Tak dobrej gry na perkusji można im tylko pozazdrościć – elektronika też zresztą nie odstawała i aż ciężko uwierzyć, że grupa nie ma jeszcze na swoim koncie płyty.

dav
Zimowa. Klimat na zdjęciu trochę lepszy, niż w rzeczywistości.

Ostatnim koncertem pierwszego dnia, który udało mi się zobaczyć (choć na krótko), był koncert grupy Fat White Family. Ciężko jednak ocenić mi występ tego angielskiego zespołu. Nie byłem w stanie stwierdzić, czy członkowie grupy są po prostu bardzo pijani, czy też może tak wygląda ich sceniczna kreacja. Na pewno tarzanie się po scenie, zdejmowanie koszulek oraz skakanie na plecy kolegów mogło się podobać i rozruszało nieliczną tego dnia publiczność, ale z drugiej strony miałem wrażenie zwykłego przerostu formy nad treścią.

Drugiego dnia główną scenę otwierał występ grupy Liss. Nie porwała mnie zarówno płyta tego duńskiego zespołu, nie porwał mnie też ich występ. Chłopakom nie można odmówić pisania ładnych, słodkich piosenek, ale problem w tym, że miejscami zbyt słodkich. Wszystko to było ładne, ładnie zagrane, ale bez większego polotu i emocji.

dav
Fat White Family na scenie. Niekoniecznie grają.

Emocji z kolei było bardzo dużo na koncercie Moriah Woods, który odbył się na jednej
z dwóch nowych scen tegorocznego Soundrive – w hali W4. Opinie festiwalowiczów (zasłyszane tu i ówdzie w strefie gastro w oczekiwaniu na jedzenie lub uzupełnienie płynów) co do tej sceny były podzielone. Dla jednych akustyka hali była nie do przyjęcia, innym bardzo się podobała. Ja zdecydowanie należę do tych drugich, tak samo zresztą jak sama Moriah Woods, która wielokrotnie w trakcie koncertu zachwycała się melodyką tego miejsca. Gdzie nie leżałaby prawda, akustyczne granie, gdzie nie ma żadnego dystansu pomiędzy artystą, a publiką (gdybym wstał z leżaczka mógłbym tak naprawdę dotknąć sceny) idealnie pasowało do tego miejca. Moriah zagrała set na banjo oraz gitarze akustycznej, mieszając materiał ze swojej płyty Bring The Rain ze standardami amerykańskiego południa. Dzięki aranżacji na jeden instrument koncert był bardzo intymny i zamykając oczy można było poczuć się jak na odległej prerii bądź pustkowiu położonym gdzieś na południu USA.

dav
Moriah Woods i jej banjo prosto z Colorado.

Gdzieś na drugim biegunie muzycznym tego dnia znalazł się zespół Yak. Trio emanowało zgraniem, ciężkością brzmienia i pewnością siebie, która mogła miejscami sprawiać wrażenie znudzenia bądź zblazowania. Wydaje mi się jednak, że więcej było w tym wszystkim po prostu profesjonalizmu i pewnej dozy wyrachowania, a mniej miejsca na jakąkolwiek improwizację. Nie mniej jednak materiał z debiutanckiej płyty Alas Salvation zabrzmiał na żywo na pewno o wiele ostrzej – bliżej było mu do psychodelicznych (kontrolowanych) odlotów z pogranicza stoner rocka niż do przybrudzonego grania z jakim mamy do czynienia na ich płycie. Występ poprawny, miejscami dobry, ale nic ponadto.

Zupełnie inne odczucia mam z kolei co do kolejnego występu na głównej scenie – grupy Sunflower Bean. Jedyne, co łączy obie występujące po sobie grupy jest fakt, że i tutaj mieliśmy do czynienia z mocniej brzmiącymi kompozycjami w porównaniu do tego, jak wypadają one na płycie. Jednak u Sunflower Bean było to, czego nie miał Yak – spontaniczna gry, emocje oraz improwizacje, które objawiały się świetną współpracą pomiędzy basistką i wokalistką Julią Cumming (sprawiającą wrażenie ostrej babki, z którą razcej nie wygralibyśmy żadnej kłótni) z gitarzystą i wokalistą Nickiem Kivienem (ten z kolei wyglądał jak typowy intelektualista). To zderzenie dwóch silnych, acz wydawało się odległych indywidualności – także w warstwie wokalnej (Julia preferowała coś na pograniczu krzyku i śpiewu, partie Nicka były zdecydowanie bardziej melodyjne) – sprawiło, że ten koncert będę wspominać najcieplej ze wszystkich z tegorocznej edycji. Aż żal, że takiej energii nie uchwyciła debiutancka płyta Human Ceremony, ale jest nadzieja, że grupa podąży w kierunku zaprezentowanym na żywo i już teraz zacieram ręce na kolejne wydawnictwo.

dav
Sunflower Bean podczas jednego z licznych odjazdów.

Pewną konsternację mógł budzić fakt występu trójmiejskiej grupy Calm The Fire. Hardcore, metalcore, crust – cokolwiek by to nie było, przejechało niczym walec po festiwalowej publiczności. Publiczności, której występ się spodobał i chyba duża zasługa w tym wokalisty, który pomiędzy poszczególnymi utworami dużo mówił: o ekologii, o przesłaniu zespołu, o tym, co gryzie go i chyba większość z osób, które na festiwal się wybrały i których interesuje to, co dzieje się obecnie w kraju czy na świecie. Obojętnie czy ktoś się z nim zgadzał czy nie, taki występ był festiwalowi potrzebny – zespoły „ekstremalne” niepotrzebnie traktowane są jak grupy drugiej kategorii i cieszy, że tutaj było inaczej. Jeden Calm The Fire wiosny nie czyni, ale może w przyszłości takich zespołów na festiwalu będzie więcej.

Drugi dzień zakończył występ Honne, który zupełnie nie leżał w sferze moich zainteresowań, ale jako że jeszcze miałem chwilę czasu, to postanowiłem przyjrzeć się fenomenowi tego zespołu. Cała sala tańczyła do podszytych elektroniką i soulem, lecz w swojej konstrukcji po prostu popowych, lekkich i melodyjnych utworów. Maniera wokalna, a może bardziej brzmienie głosu to jednak coś, co odstrasza mnie od takich projektów – nie zdziwi mnie jednak, jeśli duet (poszerzony koncertowo do kwartetu) za kilka lat znajdzie się na liście wykonawców występujących na Open’Erze.

Trzeciego dnia czekałem głównie na Sexy  Suicide, których płyta Intruder została odsluchana przeze mnie wielokrotnie i która idealnie trafia w moje gusta muzyczne. Moda na lata 80. trwa i nic nie zapowiada tego, żeby miała minąć (ciężko żeby minęła, skoro był to najciekawszy okres w muzyce – oczywiście skromnym zdaniem autora), a Sexy Suicide jest tego żywym dowodem. Duet nie miał jednak łatwego zadania – został oddelegowany na scenę „kontenerową”, a więc miał stanowić niejako tło dla całej strefy gastronomicznej. Wyszedł jednak z tej walki zwycięsko – sam niżej podpisany nie wytrzymał długo (jeden bądź dwa utwory) i pomimo spojrzeń wielu zgromadzonych raczej z dala od sceny pognał przed siebie, by móc zatracić się przy dźwiękach wokalu Mariki Tomczyk i wytańczyć do brzmień generowanych przez Bartłomieja Salamona. Takiego synthpopu na polskiej scenie nie było chyba od czasów Super Girl & Romantic Boys (czyli dawno temu), a Sexy Suicide dodaje do tego również całą tę gotycką otoczkę (wraz z wyglądem członków duetu) i bardziej mroczne brzmienia. I co z tego, że na zachodzie takich zespołów jest teraz pełno – Sexy Suicide swoim materiałem mogą konkurować i z nimi. Bardzo energetyczny koncert, podczas którego grupa odegrała cały swój materiał z debiutanckiej płyty (był także bis), a także reakcja ludzi, którzy podchodzili coraz bliżej i faktycznie przyszłi zespołu posłuchać, tylko tego dowodzi.

dav
Sexy Suicide. Potrafią przykuć uwagę.

Scena B64, druga z nowych hal podczas tegorocznego Soundrive, była bazą dla projektów bardziej eksperymentalnych. Takim był też koncert Johna Lake’a, który swój transowy set dopełnił ciekawymi wizualizacjami. Ja jednak jego występ potraktowałem bardziej jako ciekawostkę i sprawdzenie możliwości nowej sceny.

mde
John Lake. Aż się prosi o industrial.

Na kolejny koncert trochę się spóźniłem i szkoda, bo płyta Over The Fence… And Far Away  Henry David’s Gun wydawała się być idealną do zaprezentowania na akustycznej scenie hali W4. Niestety, jej klimat i urok ma jedną wadę – było tam bardzo mało miejsca,
a spóźnialscy musieli zadowolić się samymi dźwiękami, oglądając plecy ludzi stojących bliżej sceny. Niestety do nich w tym przypadku należałem i pomimo wielkich chęci po kilku piosenkach spasowałem. To co usłyszałem było jednak wystarczające – głód klimatycznego, akustycznego grania został na ten dzień zaspokojony.

W oczekiwaniu na jeden z koncertów skoczyłem jeszcze na chwilę zobaczyć Oly.. O ile jej płyta brzmi nieźle, ale niezbyt oryginalnie, tak jeśli mówić o występie na żywo, to pozostał w nim tylko ten drugi pierwiastek. Zbyt dużo podobnie grających i śpiewających dziewczyn już w swoim życiu widziałem – zresztą przodował w tym sam Soundrive podczas zeszłorocznej edycji – żeby zrobiło to na mnie jakieś większe wrażenie. Było oczywiście ładnie, poprawnie, ale bez większych emocji.

Na szczęście o wiele więcej emocji zaznałem w przypadku wyczekiwanego Dilly Dally. Proste, rockowe, przepełnione grungem i klimatem lat 90. uderzenie – tak w kilku prostych słowach można opisać ten występ. Nie ukrywam, że jeśli chodzi o takie granie, to jestem fanem wszystkich tych babskich zespołów z Seattle – Hole, L7, 7 Year Bitch czy Babes In Toyland – dlatego też już od pierwszych dźwięków koncertu (a wcześniej i płyty) poczułem coś w rodzaju nostalgii, tęsknoty za prostotą tych dźwięków i mocą przekazu. Dilly Dally to jednak nie epigoni – mają swój własny styl, są o wiele bardziej melodyjni, ale łatki spuścizny po grunge’u raczej się nie pozbędą. Wokal Katie Monks jest zbyt charakterystyczny – przekrzyczałaby chyba nawet Courtney w jej najlepszym, wokalnym okresie (czyli najbardziej skrzekliwym) – a jej zaśpiewy, takie jak w utworach Purple Rage czy The Touch dają niesamowitego kopa na żywo. Warto też pochwalić (męską) sekcję rytmiczną, która naprawdę dawała radę i nadawała dodatkowej dynamiki grze zespołu.

dav
Dilly Dally. Krzyczę, bo lubię. I potrafię.

Zwieńczeniem całego Soundrive Fest był dla mnie występ polskiej grupy JAAA!. Do trzech razy sztuka jak to mówią – nie udało się ich zobaczyć na Open’Erze (zagrali innego dnia), na OFFie też nie (ech te spóźnienia) – dałem radę w Gdańsku, niedaleko domu. I cóż to był za koncert. Opłacało się tyle czekać. Zespół zagrał jako trio i wprowadził widzów w zupełnie inny świat. Transowe, ale bardzo taneczne utwory idealnie współgrały z wyświetlanymi za plecami muzyków wizualizacjami. Pozostało tylko zatopić się w tych dźwiękach i odbyć podróż gdzieś daleko, poza granice wyobraźni. Grupa zupełnie nie ma się czego wstydzić – jeśli chodzi o elektroniczne granie spokojnie może konkurować z grupami tego nurtu z zachodu. Kolejny dowód na to, że polskie grupy wcale nie odstawały od reszty wykonawców festiwalu. Świetne zakończenie, przynajmniej dla autora tejże relacji, bardzo dobrej uczty muzycznej jaką był Soundrive Fest.

dav
JAAA! Zapiąć pasy, zaraz odlatujemy.

Podsumowując – Soundrive Festival rozwija się w bardzo dobrym kierunku. Powiększenie przestrzeni do grania, większa liczba artystów, coraz lepsza (choć już wcześniej stała na wysokim poziomie) organizacja i coraz wyraźniejsza tożsamość – to wszystko sprawia, że chce się tu wracać. Na Soundrive jestem od jej pierwszej edycji w gdańskim B90 (która z tego co pamiętam, zbiegła się z otwarciem tego świetnego klubu) i widać ciągły rozwój. Co może martwić? Nie znam co prawda dokładnych liczb, ale wydawało mi się, że rok temu było jednak trochę więcej ludzi. Podejrzewam, że powodem takiego stanu rzeczy może być albo przesyt wśród publiki (festiwalów muzycznych jest teraz ogromny wybór) takimi imprezami, albo brak wyraźnych headlinerów (w poprzednich edycjach należały do nich m.in. takie grupy jak Austra, The Soft Moon, Temples, Glass Animals, Baths), którzy czy organizatorzy tego chcą, czy nie, najbardziej działają na wyobraźnię przeciętnych słuchaczy i bywalców festiwali. Ja nie mam nic przeciwko temu, by Soundrive stał się przyczółkiem i poligonem doświadczalnym w jednym dla debiutujących grup – zarówno tych z zagranicy jak i z polskiej sceny muzycznej. Zespoły są wybierane dość starannie, w muzyce nadal przecież sporo się dzieje, a nie liczy się nazwa, a jakość występu. Pytanie tylko – jak to sprzedać masowemu odbiorcy? Myślę, że organizatorzy również będą się nad tym głowić.