Relacja z Fląder Festiwal 2023

Morze, plaża… ale też park. Fląder Festiwal przesunął się nieco od brzeźnieńskiego mola w kierunku dzielnicy Nowy Port. Nadal jednak sercem imprezy pozostaje piękne gdańskie Brzeźno, a pomimo zmian organizacyjnych, twórcom udało się zachować jej ducha. I wypełnić cel nadrzędny, czyli stworzyć miejsce do promocji własnej twórczości pokaźnej grupie totalnie niszowych, a przy tym interesujących polskich zespołów i artystów.

Selvazza

Kto nigdy nie odwiedził Fląder Festiwalu, temu trudno będzie wytłumaczyć jego fenomen. W końcu imprez tego typu na mapie Polski jest masa. Tu jednak nie chodzi tylko o samą muzykę, choć ta oczywiście stoi w centrum całej idei imprezy. Chodzi też o otoczenie; morską bryzę i powiązaną z nią swobodę. Wstęp jest darmowy, chociaż trudno tu nawet mówić o wejściu na teren imprezy: na terenach wokół poszczególnych scen po prostu muzykę słychać i nie da się od niej uciec. Do tego gdańskie Brzeźno jest dzielnicą żyjącą w sezonie, chętnie odwiedzaną i popularną (nie tylko) wśród lokalsów. Budki z frytkami, lodami i niskoprocentowym piwem wpasowują się w ten koloryt tak samo, jak przypadkowi spacerowicze, plażowicze i osoby jeżdżące na rowerach.

Kiloff & The Cleaners

Najlepszym przykładem tego, jak to wygląda w praktyce, jest sama strefa wokół koncertu. Niektórzy siedzą na okolicznych schodach, murku lub rozkładają koc na plaży; inni stoją wpatrzeni w skupieniu w muzyków. Jeszcze inni tańczą, raczą się trunkami, a gdzieś po bokach przystają ci, którzy odwiedzili teren imprezy nieco przypadkowo: wyszli z psem lub wybrali się na krótką przejażdżkę na hulajnodze. Spotkać można tu ludzi w strojach sportowych i w bardziej wyjściowej odzieży, bo park czy plaża są przecież idealnym miejscem na randkę. I ci nieco przypadkowi przechodnie chłoną to, co dzieje się na scenie, a po chwili… zmierzają dalej. Lub zostają chwilę dłużej, by posłuchać nowych dźwięków.

Tak, jest zdecydowanie kolorowo, zróżnicowanie, bez wielkiej pompy. Bez dystansu. To otwartość, która zawsze mi się podobała. Bywały edycje, podczas których głównym punktem były dla mnie koncerty, ale i takie, które całe przegadałem gdzieś w towarzystwie znajomych, słuchając muzyki z oddali. Nie każdemu pewnie się taka forma podoba, ale ja uważam ją za pasującą do samej idei imprezy. I miejsca, w którym się odbywa.

Renmin Ribao

Nie da się jednak ukryć, że Fląder Festiwal ewoluuje w stronę nieco bardziej niszowego przedsięwzięcia. Nie jest to zarzut: takie są obecne realia. Sceny nieco mniejsze, bardziej oddalone od centrum dzielnicy. W porównaniu do edycji popandemicznej, gdzie scena główna ustawiona była na molo, a za plecami muzyków znajdowało się morze, tegoroczna największa i kluczowa miejscówka, mająca rozmiary i formę niewielkiego namiotu, nie robiła specjalnego wrażenia. Nie dało się też posiedzieć na plaży i spontanicznie podejść kilkadziesiąt metrów do którejś ze scen, by przyjrzeć się bliżej, co też się na niej dzieje. Krajobraz morski został wyparty przez ten leśny i pomimo tego, że Scena Kolumnada-Park (taką nosiła nazwę) brzmiała świetnie, to trochę szkoda. Szkoda tego, że tak ciekawe inicjatywy nie są doceniane na tyle, na ile powinny.

Willa Kosmos

Przechodząc jednak do spraw czysto muzycznych, to zdecydowanie największe wrażenie zrobiła na mnie poznańska Willa Kosmos. Polowałem na ich koncert już od dłuższego czasu, a wszystkim mi znanym promotorom próbowałem wbić do głowy, jak świetny jest to zespół. I jest. Na żywo jeszcze lepszy, niż na płycie, co jest prawie nie do wiary, bo album to jedno z lepszych gitarowych wydawnictw ostatnich lat na lokalnej scenie. Celne, choć depresyjne teksty podane w bardzo bezpośredniej, ulicznej formie na tle melodyjnej, a przy tym tanecznej grze sekcji rytmicznej i okraszone bardzo nietypowymi, a przy tym wyraźnymi gitarowymi zagrywkami stanowiły piękną odę do hałasu. Niezapomniany koncert, który do tańca porwał młode pokolenie. Stare tupało nóżką i kiwało z aprobatą głową gdzieś z dalszych rzędów.

Salto Śmierci

Dzień wcześniej, w piątek, w podobnym tonie zaprezentowało się zresztą Salto Śmierci. Tak jak i Willa Kosmos reprezentujący Koty Records, z bardzo podobnym do kolegów, choć nieco bardziej punkowo-funkowym podejściem do brzmienia. Występ bardziej bezpośredni, mniej eksperymentalny, choć równie agresywny pod względem przekazu. Trio zdenerwowanych na świat i potrafiących wykorzystać instrumenty w celu podzielenia się tym faktem ze słuchaczami zamknął ostatni z reprezentantów wspomnianej wytwórni — zespół Renmin Ribao. Grupa grająca coś na przecięciu street punka i coldwave swoim brzmieniem idealnie współgrała z dwoma wcześniej wymienionymi składami.

Wyzwanie grupom z Koty Records rzuciła szczecińska Syf Records. Kiloff & The Cleaners oraz Szlauch zaprezentowały muzykę nie z tej ziemi. Przynajmniej nie z tej polskiej, bo mało tak wyrazistych składów na naszej podziemnej scenie. Kiloff & The Cleaners zaczepnie łączyła no wave z synth punkiem oraz tekstami o tym, że nie wolno parkować przed przedszkolem. Zabawne, ale bardzo celne teksty oraz konkretne, krótkie utwory zapadały w pamięć niemalże od razu. Lo-fi brzmienie pasowało do nich idealnie i muzycy wyciągnęli z tej estetyki maksimum. Zespół jest też przykładem na to, że warto, a nawet trzeba śledzić podziemie.

Szlauch

Prawdziwą rave’ową potańcówkę zaprezentował Szlauch. Pod sceną tańczyli z początku tylko podpici, mający ze sobą duże doświadczenie w kwestii spożywania alkoholu lokalsi w wieku 50+. Potem dołączyła cała reszta. Niby obciachowa, a tak naprawdę mocno undergroundowa i przemyślana elektronika wycisnęła z nas wszystkich, zgromadzonych przed muzykami, siódme poty. Na piątkowy wieczór jak znalazł.

Nowa ze scen, nazwana Belweder-Park, była też miejscem, gdzie znalazło swoje schronienie kilka nieco cichszych projektów. Neal pokazał się z klasycznej strony — uzbrojony jedynie w gitarę i opowieści zahipnotyzował wszystkich tych, którzy wybrali się na jego koncert. Był to jeden z nielicznych przykładów występów, podczas których praktycznie nikt, kto na niego zawitał (być może też z ciekawości) nie zmieniał swojego położenia, nie szedł dalej, tylko autentycznie przystawał i wsłuchiwał się w muzykę.

Neal

Nieco krótszy set (w sobotę) zaprezentowało Goodly, które połączyło ambient z gitarowymi sprzężeniami i pięknym wokalem Dagmary Cichockiej. Muzyka do medytacji, muzyka do relaksu. Na ich tle występująca dzień wcześniej grupa Selvazza wypadła po prostu… ekscentrycznie. Nie tylko z powodu nawiązujących do barokowego przepychu strojów, ale też z powodu łączącej w sobie przebojowości italo disco łączonej z nieco punkowym podejściem do jej odegrania.

Warto jeszcze wspomnieć o świetnym, autentycznie porywającym wykonawczo i kompozycyjnie występie Kisu Min z Łodzi. Znam ich tegoroczną płytę City of the Revolution, ale przyznam, że byłem zdziwiony tym, jak dobrze grupa brzmi na żywo. Nawiązania do klasycznego, alternatywnego rocka z lat 90. z popowym szlifem dały efekt w postaci jednego z ciekawszych elementów sobotniego line-upu.

Kisu Min

Tak samo zaskakująco zaprezentował się wieczór wcześniej Kapitan Nemo. Jeśli ktoś kojarzył go tylko z jego największego hitu Twoja Lorelei, to mógł być zdziwiony i to bardzo. Nemo bliżej było (za sprawą młodego, sprawnego składu) do brzmienia Gary’ego Numana niż artysty z pogranicza new romantic i synthpopu, z czym jest przecież najmocniej kojarzony. Pewnie, że było oldschoolowo, za to w dobrym tonie.

Nieco mniej przekonały mnie do siebie występy legendy — grupy Oranżada oraz nieco nowszego składu o nazwie Koń. Ci pierwsi złamali naczelną zasadę i zagrali na Fląder po raz drugi. Ale w końcu było to 20-lecie zarówno imprezy, jak i zespołu, więc… czemu nie? Niestety trochę czuć było to, że Oranżada ma dość oldschoolowe podejście do przebojowej psychodelii i zamiast na kompozycje, postawiła na brzmienie. To jednak nieco szwankowało sobotniego wieczoru i nie do końca zaspokoiło moje pragnienie. Niestety koncert ten nie był też najlepiej nagłośniony.

Koń

Koń mierzył się z podobnym problemem. Z zastrzeżeniem, że widziałem ich już wcześniej, w innych warunkach, na genialnym wręcz koncercie w gdyńskiej Desdemonie. Tak więc tak jak w przypadku powyżej, moje oczekiwania mogły rzucić się cieniem na ocenie. Widziałem ich po prostu w lepszej formie, bardziej zgranych. Ich garażowy acid blues to rzecz naprawdę porywająca, a tym razem czegoś w nim zabrakło.

Na koniec dwa, bardzo różne, ale jednocześnie pełne energii koncerty. Why Bother? ze swoim ciężarem i hałasem momentami brzmieli jak zespół z ekstraklasy takiego grania. Wydawało się, że rozsadzą namiot; ba, całe Brzeźno. Do tego nie doszło, bo gdy przyszedł czas na finał, postanowili poeksperymentować z psychodelą. Moim zdaniem nieco niepotrzebnie – nieco rozmyli tym samym swoje wcześniejsze, hałaśliwe ekscesy i gdy miało dojść do nokautu, zdecydowali, że zaczną parować ciosy. A ja lubię nokauty. Ogółem był to jednak koncert ciekawy, nie tylko ze względu na to, w jakiej scenerii się odbywał. W końcu niepozorny, imprezowy namiot z nisko ułożoną sceną, pełen pierwotnej energii i przesterów nie jest czymś, co ogląda się na co dzień. Nawet na festiwalach. W dodatku ich grę prawdopodobnie było słychać na odległym molo, więc oczyma wyobraźni widziałem zaskoczone miny turystów, którzy wybrali się na spokojny spacer nad morze tego wieczoru.

Imprezę zamknął Undertheskin. Grupa, która może i nie grzeszy oryginalnością, ale potrafi grać darkwave – co na polskie warunki jest wyczynem sporym. Odnaleźć się więc mogli i ci, którzy wzdychają za gotyckimi brzmieniami podbitymi basem jak i ci, którym mało było pląsów i mieli ochotę jeszcze nieco potańczyć. Choć może była to jedna i ta sama grupa? W każdym razie zespół dał naprawdę dobry, bardzo energetyczny koncert i choć większości słuchałem go z pozycji plaży, to co rusz przebijał się do mojej świadomości i powodował rytmiczne ruchy całego ciała.

Kapitan Nemo

Tegoroczna Flądra była bardzo dobrze przypieczona, dosolona i niewiele było w niej ości. W jakiej formie wróci za rok? Oby nie trzeba było się nad tym dużo zastanawiać, a dalszy ciąg imprezy był jak najbardziej naturalny. W końcu kto wyobraża sobie czerwiec i Brzeźno bez Fląder Festiwalu? Raczej nikt i tak niech pozostanie.