Koń / Some Things / Desdemona 04.02.23

Bluesik to nudy? Niekoniecznie.

W gdyńskiej Desdemonie bluesowe święto. Choć obchodzone w nieco innej, mocno nietypowej formie. Fani gatunku raczej nie mieliby czego w nim szukać, ale świeże podejście do ogranej i mocno przykurzonej stylistyki to coś, co z pewnością mogło się podobać tym, którzy szukają w muzyce czegoś nowego i trudno definiowalnego.

Lokalne Some Things, występujące w duecie, zaprezentowało bagienne oblicze gitarowo-perkusyjnego grania. Pojawiły się skojarzenia z The Black Angels, chociaż w muzyce grupy zdecydowanie mniej było psychodelii, a więcej przesteru i bezpośredniego grania. Krótki set zawierał jednak wszystko to, za co lubimy takie składy. Przybrudzone brzmienie i dość melodyjne kompozycje pozwalały się przenieść, choć na krótką chwilę, na duszne mokradła Lousiany.

Koń zaprezentował jeszcze inne oblicze. Ich szaleńczy, muzyczny galop trudno porównać do czegokolwiek innego, a pomagało im w tym wykorzystywane instrumentarium. Dęciaki i klawisze robiły za bas, za to sekcją nieoczekiwanie stała się perkusja i gitara. Rwane, metaliczne riffy nadawały nietypowego rytmu, co jednak zupełnie nie przeszkadzało zespołowi w złapaniu własnego, silnie naznaczonego kwasem przelotu. Jako odbiorca łatwo było się też w nim odnaleźć, a dzięki tak oryginalnemu podejściu do dźwięków będzie to koncert, który będzie wspominać się długo.

Jak widać, blues da się lubić. Szczególnie gdy stanowi punkt wyjścia do własnych, eksperymentalnych poszukiwań.