Kontekst to coś, co ustawia odbiór. Nie ma co zaprzeczać tej tezie, bo tak po prostu jest. Stąd, oprócz tego, że subiektywna, to poniższa relacja może wydawać się pewną przesadą w kontekście zawartych w niej wniosków. Dobrze wiem, że dla wielu tegoroczna edycja OFF Festivalu była świetnym przeżyciem. To mnie cieszy, ale jednocześnie sam nie mogę dołączyć do grona w pełni zadowolonych z przebiegu tegorocznej odsłony. Nie zamierzam być też wobec niej bardzo krytyczny, bo to byłoby naprawdę niesprawiedliwym zakrzywieniem rzeczywistości. Prawda jest jednak taka, że nie bawiłem się na niej aż tak dobrze, jak zazwyczaj. Wpływ na to miało kilka czynników.
Pewnie, że łatwo byłoby wszystko podsumować krótkim zdaniem o tym, że jestem stary, że narzekam i że mam wygórowane oczekiwania. I pewnie byłoby w tym sporo z prawdy, ale myślę, że jednocześnie nie jest to pełen obraz stanu katowickiej imprezy. To wspomniany kontekst, a raczej możliwość porównania do poprzednich odsłon oraz kilka innych wątków (o których zaraz) spowodowały taki, a nie inny odbiór OFFa AD 2024. Edycji, która była niezła — ale właśnie, czy wystarcza nam (mi) to, by OFF był niezły?
Z jednej strony mamy więc memiczną już wojnę młodzi kontra starzy. Chodzi tu o line-up, który układany jest tak (a przynajmniej takie sprawia wrażenia), by trafić do młodszego odbiorcy i narzekania „starych” (czyli ludzi po trzydziestce), że „kiedyś to było lepiej”. Pomimo heheszkowatego klimatu naprawdę trudno nie zgodzić się z tym, że OFF ma pewien problem z samookreśleniem. Nie chodzi nawet o to, że spogląda na nowsze czy też może bardziej popularne gatunki, bo to przecież nic nowego. Serio, tak było zawsze, to nie jest clue problemu. Tym jest to, że organizatorzy zdają się wybierać poszczególne nazwy nieco… na oślep. Wydawało mi się, że zawsze stawiali na jakość, a tegoroczny line-up w kilku miejscach przypominał raczej błądzenie we mgle. W końcu jeden przedstawiciel danego gatunku (nawet jeśli popularnego, ciekawego) nie jest równy drugiemu i pod względem kuratorskim, jako osoba dość mocno osłuchana w wielu stylistykach uważam, że robota nie została wykonana tak dobrze, jak w latach ubiegłych.
Tu wracamy jednak do… kontekstu. Tak, znowu. Tym razem działa on jednak na korzyść OFFa, bo dobrze wiemy, że obecna branża festiwalowa (albo szerzej — muzyczna) łapie zadyszkę i wpada w kryzys. Na pewno pieniędzy jest mniej, a raczej niewystarczająca ilość na to, by sięgać po bardziej znanych czy też rozchwytywanych artystów. Szczególnie w warunkach polskich, czyli biednego, statystycznego odbiorcy i niewielkiej siły naszej rodzimej waluty. Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że Future Islands, jeden z headlinerów tegorocznej edycji, kilka lat temu, przed Covidem, nie znalazłby miejsca na głównej scenie w tym, zarezerwowanym dla gwiazdy wieczoru slocie, a The Blaze raczej zamykaliby festiwal w którymś z namiotów dla tych nielicznych, którzy nie mają potrzeby snu lub potrzebują ukojenia po pełnych emocji trzech dniach imprezy. I nawet nie piję do samej jakości tych występów (choć do obu wymienionych można mieć jakieś zastrzeżenia), a raczej o to, że na plakacie próżno szukać headlinerów z prawdziwego zdarzenia.

OK, ale jeśli nie drogą headlinerów, to może pójść w głębszą niszę w postaci rozbudowanej Sceny Eksperymentalnej i postawić na nieco mniej popularne, ale odkrywcze, undegroundowe trendy? Nic z tego. Scena Eksperymentalna pozostała taką niemalże już tylko z nazwy. Nie ma tam kuratorów, nie ma praktycznie żadnej egzotyki. Są raczej zespoły mniej znane, naprawdę ciekawe (to nadal moja ulubiona ze scen), ale w okresie przedcovidowym spokojnie mogłyby grać w większym namiocie lub na Leśnej. Rozmyła się idea tego miejsca, rozmyła się też chyba nieco idea OFF Festivalu.
Dochodzimy tutaj do sedna. OFF szuka swojego miejsca na mapie festiwalowej, bo w czasach kryzysu trzeba na niego reagować. To akurat się chwali, ale osobiście poszukiwań tych nie zaliczyłbym do udanych. Bardzo słaba promocja pod przewodnictwem naprawdę totalnie nieczującej klimatu imprezy agencji marketingowej, odpowiadającej za social media to raz. Dwa, sposób ogłaszania artystów, który zamiast z każdych ogłoszeń robić święto, konfundował odbiorców zarówno częstotliwością, jak i sposobem prezentacji. Osobne wrzutki w bardzo nieregularnych, często losowych momentach, brak odpowiedzi komentujących na podstawowe pytania, bardzo późne wrzucenie rozpiski koncertowej + ogólne problemy z aplikacją to rzeczy, które może nie powinny rzutować na ogólny odbiór, ale jednak rzutują. Skoro one nie działają, to zostaje nadszarpnięte zaufanie wobec tego, że osoby odpowiadające za promocję, a idąc dalej, za program, w ogóle wiedzą, co robią. Brak info o braku Kawiarni Literackiej (choć jej braku mocno nie odczuwam, to też można odebrać to jako pewien symbol), rezygnacja z ukłonu dla stałych bywalców w postaci tańszych biletów to niby dodatki, ale takie, które w sumie dużo mówią o tym, w którą stronę podąża OFF.

Wszystko to pewnie nie miałoby jednak aż tak dużego znaczenia, gdyby same koncerty okazały się hitami, a w praktyce dość zachowawczy, próbujący złapać wszystkie sroki za ogon line-up zachwycił już tam, na miejscu. Niestety tak się nie stało. Właściwie te koncerty, które wiedziałem, że mogą mnie zainteresować — zainteresowały. Sporo opuściłem świadomie, bo pewne projekty to zupełnie nie moja bajka, ale to też nie jest jeszcze automatycznie wadą — w końcu festiwal ma wiele odsłon, a dzięki temu, że coś odpuszczamy, jest szansa na to, by zobaczyć coś innego. Niestety ogólnym problemem było to, że w pewnym momencie nie dość, że interesujące mnie (ale raczej szerzej — odbiorców danego gatunku) koncerty się pokrywały (Brutus i Bar Italia — serio?), to jeszcze te, co do których byłem nastawiony negatywnie, również znalazły się w tym samym slocie. Efektem tego to, że zamiast biegać od sceny do sceny, pomiędzy naprawdę fajnymi sztukami miałem sporo przerw na… w sumie nie wiem co. Rozmyślania o kondycji OFFa chyba i picie piwa ze znajomymi. Tylko to drugie też nie było takie łatwe — sporo osób z grona moich znajomych w ogóle w tym roku do Katowic nie pojechało.
Tak, jestem gościem po trzydziestce, jeżdżę na OFFa od 2010 roku i organizatorzy mnie rozpieścili. Tym, że zazwyczaj biegałem od sceny do sceny i naprawdę trudno było mi znaleźć czas na cokolwiek innego. Kilkunastoma świetnymi koncertami i samymi dobrymi pomiędzy. Tym, że do Katowic jechałem z pustą głową, a wracałem z całym notatnikiem nazw, które chciałbym sprawdzić. W tym roku nic takiego nie nastąpiło. Znałem niemalże wszystko, a i kilka projektów widziałem nawet więcej niż raz. Odkrywać i nadrabiać nie było więc za bardzo czego.
I tak, zdaję sobie sprawę z tego, że również ja się zmieniłem. Z osoby wchodzącej w świat alternatywy stałem się taką, która sama (jako tako, ale jednak) stara się ten świat otwierać przed innymi. Nie zadowala mnie byle co, sporo rzeczy oglądam też na co dzień, bo regularnie chodzę na koncerty. Ten kontekst też jest ważny, bo jest to punkt widzenia kogoś, kto na co dzień siedzi w takiej muzyce i może stwierdzić, że mniej więcej się na niej zna. Ba, ma nawet własny, określony gust. Gust w dużej mierze wyrobiony przez OFF Festival. I tu wracamy do punktu wyjścia… lub do smutnego wniosku, że czas na nowego odbiorcę. O innych charakterystykach niż ja sam. Trudno mi to przełknąć, ale to rozumiem. Choć nie muszę się z tym zgadzać.
Wszystko to, o czym wspomniałem, nie oznacza, że źle się bawiłem i byłem chodzącą marudą. No, może w piątek faktycznie tak było! Wiem, że powyższe akapity mogą wskazywać na coś innego, ale OFF Festival 2024 uznaję, całościowo, za udany wypad. Niestety jednocześnie był to też najgorszy OFF Festival, na którym byłem. Wyczuwam tendencję spadkową, bo tak samo czułem się po zeszłorocznej edycji. I wiem, że jestem odbiorcą specyficznym: na co dzień ostro poszukującym, ale mającym też specyficzny, osobisty gust. Być może nie płynę z prądem, ale też nie uważam, bym był totalnie nastawiony przeciwko. Rozmijam się więc z OFFem przede wszystkim co do moich osobistych oczekiwań: gatunkowych, jakościowych, ale przede wszystkim motywacją do tego, dlaczego tam jeździłem. Co prawda nie interesują mnie pewene nurty, ale pal licho te, gdy jest co robić na innych scenach. Niestety moim zdaniem dzieje się na nich niewiele w porównaniu do lat ubiegłych, a sam festiwal nie sięga aż tak głęboko w alternatywę, bym miał materiał do odkryć na kilka kolejnych miesięcy.
I tu klamra w kontekście… kontekstu. Przecież nie zawsze tak było! Wspomniałem już o tym, że to OFF odpowiada w sporej mierze nie tylko za mój gust, ale też za sposób myślenia o muzyce. Za to, że nie rozgraniczam koncertowo znanych od tych mniej znanych — koncert jest koncertem i lepiej od gwiazdy może zagrać mało znany zespół. Co więcej, OFF wyprzedzał przecież swego czasu pewne trendy. Shame, Idles, Fontaines D.C. – obraz obecnej, bardzo mocnej sceny post-punkowej nakreślił jeszcze przed tym, gdy ta się w pełni narodziła. Takich przykładów jest więcej i tak, biorę poprawkę na to, że i na tej edycji było kilka takich perełek, z tym że… nie sądzę. Na koncertach wspomnianych ekip czuć było, że coś wisi w powietrzu. Tym razem magia się nie pojawiła.

Podsumowując: muszę się zastanowić, czy na OFFa jeżdżę już tylko z przyzwyczajenia, jakiejś nostalgii czy faktycznie po to, by posłuchać oczekiwanych (?) i nowych, nieznanych (?) mi projektów. Problemem może być właśnie to nastawienie osobiste. Kontekst tego, do czego przyzwyczaił mnie festiwal. Obiektywnie nie ma przecież niczego złego w tym, że organizatorzy próbują nowej formuły. Podejmują ryzyko, a że ja oceniam je negatywnie… mogę nie posiadać wszystkich zmiennych. Wydaje mi się, że popełniają błąd, ale prawda jest taka, że to zweryfikuje sam rynek. Może tak zresztą będzie teraz wyglądać branża festiwalowa — imprezy muzyczne faktycznie będą bardziej imprezami w bardziej dosłownym znaczeniu tego słowa, a po odkrycia trzeba będzie się przejść do klubu? Nie mam z tym problemu, o ile po drodze nie splajtują też kluby i będzie gdzie chodzić.
Jeśli dotrwaliście tak daleko, to nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was do zapoznania się z opisami koncertów tegorocznej edycji. Ta będzie chronologiczna i stanowi poszerzoną i zredagowaną wersję tego, co wrzucałem „na gorąco”, po każdym z festiwalowych dni na swój facebookowy profil.
Pierwszy dzień, piątek, zacząłem od występu Mateusza Tomczaka. Była to dynamiczna i dobrze zaśpiewana sztuka, choć pod względem gatunkowym przypominała totalny galimatias. O ile te bardziej dynamiczne utwory mogły porwać do tańca, to totalna, nie wiem czym poparta nademocjonalność ostatniego utworu, mocno mnie skonfundowała i… zraziła. Taka pewnie miała być narracja tego ekspresyjnego koncertu, ale ja, zamiast się jej poddać, odwróciłem się na pięcie i wyszedłem z namiotu.

Trafiłem niemalże od razu na Dominikę Płonkę. Pod względem stylistycznym było to naprawdę fajne, bujające i nowocześnie wyprodukowane R&B. Wokalnie też wpadało w punkt, ale teksty… W kilku momentach naprawdę boleśnie zgrzytały zęby, a krindżometr osiągnął wysokie rejestry. W ujęciu całościowym doceniam muzyczną erudycję i to, że była to naprawdę profesjonalnie zagrana sztuka, ale przez tego typu treści przebić się nie jestem w stanie.

Na szczęście zaraz potem udało mi się zobaczyć długo wyczekiwany występ grupy Zachwyt. Gitarowy shoegaze to coś, co z definicji bardzo lubię. Zespół, którego wydawcą jest krakowska Wytwórnia Tematy, czerpie całymi garściami z tej stylistyki, dodając do niej sporo elementów indie rockowej przebojowości i niewinności. Trochę przeszkadzało to, że nie zostali należycie nagłośnieni (gitary były zdecydowanie za cicho), ale wybrnęli z tego naprawdę przemyślanymi pod względem koncertowej narracji i emocjonalną zawartością kompozycjami. Do tego sekcja rytmiczna nadała wyjątkowej, skupionej na zmianach tempa oprawy całości, dzięki czemu był to koncert, który na pewno zapamiętam na dłużej. I bardzo chętnie przy najbliższej okazji zachwycę się Zachwytem w dobrze nagłośnionym klubie.

Przyznam się Wam do czegoś. English Teacher nie zachwycili mnie swoją ostatnią płytą i niestety nic w tej kwestii nie zmienił OFFowy koncert. To był bardzo odtwórczy, żeby nie powiedzieć nudny występ. Post-punk można grać na milion sposobów, ale najważniejszy w tym gatunku jest pierwiastek własny, wyróżniający spośród wszystkich innych grup parających się tą stylistyką. Tu go nie zauważyłem: wszystko, co usłyszałem, było bardzo bezpieczne, dobrze już znane i mało odkrywcze. Nic z tego gigu nie zostanie ze mną na dłużej, co jako fana gatunku zaliczam do porażek. Poprawnie nie znaczy dobrze. A zjawiskowy wokal, gdy akompaniuje mu odtwórcza i zagrana z lekką blazą muzyka, jest wart niewiele.
Akustyczna gitara i głos. Brzmi ciekawie? W teorii na pewno. W praktyce występ Annahstasi był jednym z nudniejszych tego dnia. Nie intrygował ani formą, ani sposobem wykonania. Nie spowodował też chęci sięgnięcia po materiał artystki w zaciszu domowym. Było to poprawne granie bez jakichkolwiek fajerwerków.
Muzyka z taśmy, krzyki do mikrofonu i okazjonalne uderzanie w harfę. Słyszałem to w wielu (no, może oprócz tego ostatniego elementu), zdecydowanie lepszych wersjach. Sama egzotyka brzmienia Alice Longyu Gao to mało, gdy nie masz wiele do zaproponowania pod względem kompozycji. Na plus jedynie performance, bo artystka, zważywszy na te dość ograniczone środki wyrazu, całkowicie zawładnęła sceną.

Muzyka z taśmy, śpiew do mikrofonu i kilka problemów technicznych. A jednak można na bazie tego zbudować coś ciekawego, przyciągającego uwagę na dłużej i powodującego ożywienie kończyn dolnych (górnych w sumie też). Mega taneczny, bezpośredni i szczery set dał Nourished by Time, który połączył bedroom rap z rave’ami i brytyjskim podejściem do brzmień elektronicznych. Na luzie, ale też z sensem — pomimo bardzo ograniczonego, by nie powiedzieć ubogiego zaplecza muzycznego. Brzmi nieco jak akapit wyżej? A jak widać efekt zupełnie inny. Da się — trzeba tylko umieć.
Od Soundrive przez Open’era aż do OFFa. Niestety na katowickiej imprezie Sevdaliza zaprezentowała się od swej najmniej ambitnej i interesującej (mnie) strony. Artystowskie, trip-hopowe i podlane egzotyką podkłady zastąpił pop jakich wiele. Co z tego, że pozostał wielki głos, gdy kompozycje proste, by nie powiedzieć prostackie, a najciekawsze i tak leci z taśmy. Dla osób zgromadzonych pod sceną tak sądzę, świetna zabawa. Dla mnie raczej żywy przykład na to, jak mainstream mieli nawet największe talenty i zmienia je w coś, co może i bawi, daje rozrywkę, ale tylko na krótką chwilę. Za jakiś czas nikt nie będzie pamiętać o tym koncercie. Ja sam musiałem mocno się skupić, by go sobie przypomnieć.

Zbawienie dla pierwszego dnia imprezy przyniósł noise rock w postaci grupy Bar Italia. W sumie nie wiem, czemu mnie to dziwi, bo przecież to muzyczny nadgatunek. Dobra, nie bawiąc się w głupkowatą selekcję, muszę przyznać, że ten zespół zdecydowanie podniósł jakość pierwszego dnia OFFa. Wywołał uśmiech na (mym) posępnym obliczu i spowodował, że nadwyrężyłem sobie kilka działających jeszcze stawów w radosnym pogo. Hałas przepięknie współgrał z melodiami i jakkolwiek nie byłem jakimś wielkim fanem zespołu przed koncertem (choć ich materiał mi się podobał), tak po nim możecie zaliczyć mnie w poczet ultrasów. Fajne brzmienie, odpowiedni przester, melodyjny wokal i to „coś”, co zachęca do opętańczego tańca — tu było to wszystko i więcej. Muzycy nakręcali się wzajemnie, czuć było chemię, a z każdym kawałkiem coraz łatwiej było wsiąknąć w świat dobiegających ze sceny dźwięków. Pozytywna energia hałasu naładowała mnie na resztę dnia. W końcu celem było dotrwanie do koncertu George’a Clantona.
Po drodze zahaczyłem jeszcze o występ Future Islands. Charakterny wokal, super brzmienie, szczera energia. Co z tego, gdy kompozycje tak mało przebojowe? Mam problem z tym zespołem, bo na papierze powinienem być fanem. Uwielbiam synthpop, kocham new romantic i wyczuwam w muzyce grupy mnóstwo elementów tych estetyk, ale co z tego, skoro piosenki nie porywają. Koncert niewiele w tym zmienił, choć przyznaję, że niezła to była, szczególnie że zagrana w ultra trudnych warunkach sztuka. Wokalne wariacje odbieram na plus, bo choć trochę urozmaiciły mało różniące się między sobą kompozycje. Utyskiwań (wielu z odbiorców) o jakość wokalu nie rozumiem, ale przyjmuję.

Każdy ma własnego headlinera. Moim był George Clanton, który swoim występem na niewielkiej Eksperymentalnej udowodnił, że spokojnie mógłby zawładnąć większą, główną sceną. Dobrze jednak, że tam nie zagrał — dzięki temu przepływ energii między nim a publiką, był zdecydowanie bardziej bezpośredni. Nie chodzi tylko o zręczną nawijkę między utworami, choć ta na pewno pomogła (potem dowiedziałem się, że niektórym zepsuła wyobrażenie o artyście i cały koncert — cóż), a bardzo dobry, najeżony hitami set. Głos Clantona, jego charyzma i spora szczypta gwiazdorstwa zdecydowanie pomogły w tym, by uwydatnić to, jak dobre piosenki potrafi napisać. Były singlowe przeboje, nieco zremiksowane, mniej znane, acz równie porywające utwory, a wszystko to w podane w sosie z najlepszych składników muzyki tanecznej ostatniej dekady XX wieku. Niesamowity występ i to nie tylko w porównaniu z resztą programu tego dnia. Topka tej sceny — a stali bywalcy pamiętają dobrze, że częściej niż często działy się na niej rzeczy niesamowite. Na koniec dygresja — ciekawe jest to, że pod sceną zgromadziła się głównie młodzież, a Clanton z racji swojego wieku na zdjęciach z relacji organizatorów, z racji wieku, raczej by się nie znalazł… 😉
Zanim przejdę do soboty, muszę to napisać: OFFowy piątek AD 2024 był póki co zdecydowanie najgorszym dniem na tym festiwalu, jakiego byłem świadkiem. Niewiele, ale jednak wyprzedza w tym… piątek ubiegłoroczny, równie niemrawy. Nie wiem, czy to świadoma decyzja organizatora, by przenieść jakościowy ciężar na sobotę i niedzielę (pewnie tak), ale nawet jeśli, to pokazuje to tylko jego wiedzę na temat tego, jak wyglądał tegoroczny line-up. W końcu więcej osób przybywa na teren Doliny Trzech Stawów w weekend, więc faktycznie na te dni zostawić “gęstsze”. Problemem jest jednak to, że nawet jeśli tak było zawsze, to nigdy piątek nie odstawał pod względem samej jakości czy też możliwości odkrywania wartościowych projektów. Może i nazwy zawsze bywały mniejsze, ale nie było nudy. W tym roku wynudziłem się strasznie, a bilans jednego świetnego, jednego bardzo dobrego i jednego dobrego koncertu na cały dzień to naprawdę słaby wynik.

Pełen nadziei na to, że sobota zmieni nieco moją opinię o tegorocznej edycji, czym prędzej wybrałem się na koncert otwierającej ten dzień grupy kresy. I faktycznie było to piękne otwarcie Sceny Eksperymentalnej tego dnia. Kresy czerpią tyle samo z leciwego no wave co z nowoczesnego math/post-rocka. Jest więc gitarowe granie po skali, totalne skakanie po niestandardowym metrum i duuuużo hałasu. To był koncert kompletny: energia wypływająca od grupy łatwo przechodziła na publikę, a muzycy swoim nietypowym, połamanym i w sumie przecież niełatwym graniem niemal zmuszała stojących pod sceną do opętańczego tańca. Podsumowując: kresy to jeden z ciekawszych, gitarowych zespołów w Polsce i potwierdził to na swoim OFFowym koncercie.
Nowa szkoła polskiego jazzu góruje (w mojej opinii) nad tą starą. Nie siedzi okopana w konwencji, a wyciąga ręce do słuchacza, jednocześnie w żaden sposób się do niego nie przymilając. Post-jazzowa Siema Ziemia, będąca częścią tego nowego, świeżego narybku, wprowadziła dużo powietrza do namiotu, ale też szerzej — w tegoroczny line-up. Świetny, oparty na groovie i improwizacjach koncert. A gościnny występ Łony był miłą wisienką na tym przepysznym, jazzowym torcie.

Przyszedł czas na chyba najbardziej kontrowersyjny booking i koncert tej edycji. Chodzi o Johna Mausa oczywiście. Nie widziałem go nigdy na żywo, więc za komentarze typu: „ale on tak zawsze” bardzo wszystkim dziękuję, ale odpowiadam na nie: „i pomimo tego poszłaś/poszedłeś zobaczyć go jeszcze raz?!”. Te kilka utworów, których byłem świadkiem w wykonaniu Mausa, gdyby tylko zamknąć oczy, zabrzmiało nieźle. Jednak nie oszukujmy się — to było tak naprawdę karaoke w wersji na żywo. I nie mówię tu o początku imprezy tego typu, gdy na scenę wychodzą ci, którzy faktycznie mają się czym pochwalić, a o jej końcu, gdy zaczyna się teatr rozmaitości (z pewnością nie wysokiej jakości). Cała muzyka leciała z podkładu, a bijący się po głowie, będący w totalnie innej szerokości kosmicznej John dawał z siebie dosłownie wszystko, ale za jaką cenę… Spora część publiki zdawała się zachwycona, mnie trudno było się przekonać do tego dziwnego, choć przyznam, bardzo zapamiętywalnego koncertu. Utrzymał chłop poziom przyjaciela, Ariela Pinka, to trzeba mu przyznać.
Na szczęście muzycznie i wokalnie bujało (i to jak!) na Tank and the Bangas. Funk i soul są mocno niedoreprezentowane na OFFie, więc taki booking był prawie jak wygrana w totka. Niezwykle chillowy koncert, nie tylko dzięki cieplutkim dźwiękom basu, wspaniałym dwuwokalom i klawiszom jak spod perzyny, ale też dzięki naprawdę miłej atmosferze wytworzonej przez zespół. Super się do tego tańczyło — odkryłem w sobie, a może po prostu wydobyłem na wierzch pozytywny, luźny vibe i dałem ponieść się dźwiękom.

Z początku trudno było mi się wgryźć koncert Edyty Bartosiewicz, bo nie jestem fanem akustycznego grania. To wrażenie było jednak bardzo przelotne, bo tuż po drugiej piosence przepadłem w emocjonalnych, prostych, a przy tym genialnie napisanych i zaśpiewanych piosenkach Edyty. Magia tego występu była ogromna: artystka sama wybrała taką formę i tylko podkreśliła nią wyjątkowość swoją i swojego materiału. Bardzo duchowe, ale też po prostu miłe dla ucha, przywołujące cały wachlarz wspomnień doświadczenie i cieszę się, że byłem jego częścią.

O, proszę Państwa, czas na najlepszy koncert tegorocznej edycji. Przedstawiam niezwykły show w wykonaniu grupy Les Savy Fav. Zespół, będący moim drugim, osobistym headlinerem, zafundował wszystkim mało duchowe, za to niezwykle fizyczne i energetyczne doświadczenie. I spełnił moje, całkiem spore przedkoncertowe oczekiwania z ogromną nawiązką. Lider grupy, Tim Harrington, nie czekał zbyt długo i właściwie niemal od razu wskoczył w publikę. Ochronie wylosowało się trudne, bo Tim biegał (cały czas śpiewając oczywiście) przez całą szerokość i długość publiki, zrzucając z siebie co chwila kolejne części swej garderoby. Bieganie to jedno, ale związana z tym energia i poziom interakcji z publiką w połączeniu z naprawdę świetnymi partiami instrumentalnymi zgotowanymi przez pozostających na scenie muzyków spowodowały zbiorową gorączkę. Oczywiście w pełni się jej poddałem, efektem czego było efektowne, energiczne, a przy tym… bardzo taneczne i nieregularne (trzeba było trzymać kabel i śledzić każdy ruch Tima) pogo. Wytańczyć i poobijać można było się więc więcej niż porządnie, a oprócz performensu Harringtona, bardzo pomagały w tym zmienne rytmicznie, dance-punkowe, a przy tym bardzo przebojowe kompozycje zespołu. Post-hardcore w swej najlepszej, przesterowanej i integracyjnej formie. Wróciłem z kilkoma siniakami, ale też głową pełną wspomnień dotyczących tego koncertu. Nie zapomnę go nigdy!

Zdyszany i ledwo żywy oddałem się z przyjemnością gatunkowi mającemu właściwości regeneracyjne. Mowa tu o dubie w wykonaniu prawdziwej gwiazdy — Grace Jones. Będąca w świetnej formie wokalnej (i fizycznej!) artystka sprytnie dobrała sobie muzyków do starannie wyreżyserowanego przez siebie performensu. Ci nie dość, że zachowali ducha oryginałów (sporo w jej set’cie było coverów), to do nowofalowego i zespawanego z latami 80. brzmienia dodali pokaźną liczbę świeżych akcentów. Disco à la Grace Jones zabrzmiało więc i tanecznie i nowocześnie. Funkowy beat zdominował muzyczną część jej występu, wymusił dodatkowe pląsy u pokiereszowanego poprzednim gigiem ciała i na pewno rozgrzał licznie zgromadzoną pod sceną publikę. Takie lekcje z historii muzyki bardzo lubię. Ta nie tylko zawierała w sobie i esencję i świeżość, ale była też naprawdę miła dla ucha.

Różnica między sobotą a piątkiem była ogromna. Oprócz naprawdę niezrozumiałego dla mnie koncertu Johna Mausa każdy z gigów, które miałem okazję zobaczyć, był na wysokim poziomie. Inna sprawa, że mało czego nie znałem wcześniej — właściwie tylko Tank and the Bangas było dla mnie zagadką, bo twórczość każdego z opisanych wyżej artystów znam więcej niż dobrze lub nawet na pamięć (Les Savy Fav). Nie będę jednak narzekać na to, że się dobrze bawiłem. A w sobotę bawiłem się świetnie.
A jaka była niedziela? Nierówna, ale nie uprzedzajmy faktów.
Przygodę z festiwalem rozpocząłem od spotkania z TONFĄ. Grupa wystąpiła w mocno poszerzonym składzie, dzięki czemu na scenie i poza nią wyczuć można było spore pokłady energii. Niestety ceną za to była praktycznie całkowita rezygnacja z eksperymentalnych wątków w twórczości zespołu. Ten postawił przede wszystkim na uliczność i integrację, czego zwieńczeniem było zaproszenie składu Ziomcy na scenę. Pod względem zabawy było przednie, chociaż nie za te, uwypuklone na koncercie elementy zostałem fanem tego duetu. Nie do końca wiem, co o tym myśleć, chociaż w ogólnym rozrachunku z koncertu wyszedłem zadowolony.

Zjedzcie mnie, ale oczekiwania co do grupy Maruja miałem naprawdę ogromne, a z występu wyszedłem strasznie rozczarowany. Zamiast apokaliptycznych, nieco gotyckich w swoim rodowodzie brzmień mieliśmy do czynienia z bardzo poprawnym, obecnie świętującym wyżyny popularności wyspiarskim post-punkiem. Wokalista raczej rapował, niż śpiewał, a ilość odgrywanych z taśmy dźwięków była jak dla mnie zbyt duża. Wiem, że zespół wystąpił w okrojonym składzie (w ostatniej chwili otrzymaliśmy informację, że z powodu urazu nie zagra saksofonista), ale jako entuzjasta improwizowanego grania i świadek wielu dziwnych trójmiejskich sytuacji liczyłem raczej na to, że muzycy przeranżują znane z EPek hity. Po prawdzie w sumie faktycznie zabrzmiało to zupełnie inaczej, ale poszło nie w tę stronę, której bym oczekiwał. Energia ze sceny nijak mi się nie udzieliła i z koncertu wyszedłem ze spuszczoną głową.
Niestety niewiele mogę powiedzieć o Hotline TNT — zdążyłem posłuchać może z dwóch piosenek. Bardzo fajnie to brzmiało, aż… przerwano koncert. Na scenę wbiegli ratownicy — gitarzysta spadł ze sceny — i był to koniec gigu. Wielka szkoda, bo zapowiadało się naprawdę ciekawie. Slacker rock zawsze w cenie.
Przegapiłem pierwszy występ grupy Dłonie tego dnia, na T Tent, więc nadrobiłem nieco później na Open Stage Blik. Pełna melancholii, zagrana w raczej wolnych tempach, a przy tym naszpikowana emocjami. Tak zapamiętałem muzykę zespołu z płyt i tak samo zabrzmieli na żywo. Z tym że mocniej, bardziej wyraziście. Do tego dość intymny klimat mniejszej sceny jeszcze przysłużył się ich repertuarowi. Bardzo przyjemny przerywnik pomiędzy „większymi” koncertami.
Nie wiem, dlaczego uroiłem sobie, że Glass Beams reprezentują marzycielskie, dream popowe granie. Znaczy, marzycielskie było i to jak, ale gatunkowo to pierwszej wody anatolijska, egzotyczna acid psychodela. Do tego zagrana na pełnej wczutce. I taki też był to koncert — pełen powtarzalnych, wkręcających się w głowę motywów i ogólnej pochwały dla błogiej transowej chillery. Fani długich partii gitarowych i rozmaitych solówek oraz równych rytmów mieli więc swoje 5, czy też może raczej 50 minut (w końcu czas to tylko koncept). Blisko mi do nich, więc odpocząłem i zrelaksowałem jak na żadnym innym tegorocznym OFFowym koncercie.
Dobra, tak po prawdzie, to odpocząłem równie mocno na występie Puma Blue. Art popowe, mocno skupione na groove sekcji rytmicznej granie przeniosło mnie w świat arcyprzyjemnej muzycznej drzemki. Zagrane w fajny, luźny sposób, ciekawie romansowało z fusion i… noir jazzem. Tak, były i takie momenty. Oceniam to jako naprawdę zręczną próbę połączenia kompozycyjnych ambicji z dźwiękami przystępnymi, by nie zaszaleć i nie powiedzieć, że melodyjnymi.
Z drzemki wybudził mnie skupiony na dynamicznej muzyce elektronicznej i stylowemu skandowaniu koncert Debby Friday. Trochę breakcore’u i breakbeatu, ale w którą gatunkową niszę byśmy nie wrzucili artystki (a akurat przy tego typu dźwiękach nie czuję się mocny w nadawaniu etykiet) to była to sztuka z gatunku tych, które zachęciły do sięgnięcia po twórczość artystki zaraz po zgaszeniu świateł na scenie. Zaraźliwy zastrzyk pozytywnej energii.

Furia zaskoczyła i zachwyciła mnie pod kilkoma względami. Raz, że, to banał, ale po prostu grali swoje. Dwa, że było to niezwykle klarowne, pachnące leśnym mchem i w jakiś przewrotny sposób… czyste. A trzy, że pod podkładami całego tego hałasu i chaosu znajdowała się masa melodii. I to takich, które nie tylko powodują tupanie nóżką, co kuliste ruchy całego ciała. Świetny był to koncert, który udowodnił, jak silny i oryginalny jest to zespół. Tak bardzo, że wyczuwam to całkiem mocny potencjał komercyjny. Dotyczy to w sumie całej sceny, której Furia jest częścią.

Noise rockową potańcówkę w fabryce stali zafundował nam Model/Actriz. Nowojorczycy wzięli w sumie wszystko, co najlepsze z szorstkiej, no wave’owej stylistyki. Dodali do tego industrialny chłód i post-punkowà rytmikę. A, był jeszcze krautowy trans, który świetnie spiął wszystkie poprzednio wymienione brzmienia w jedno. Piję do tego, że o ile nie jest to najoryginalniejszy z zespołów, to na OFFowym występie rozkręcił taką imprezę, że klękajcie narody. Duszny był to densing, ale zdecydowanie najlepszy i najbardziej wyrazisty podczas tegorocznej edycji. Szkoda tylko, że zdecydowałem się go opuścić, by sprawdzić występ opisany poniżej.

Właśnie. Problem z hh koncertami mam taki, że dość szybko mnie nudzą. Co odpręża lub nakręca w domu, nie równa się temu, co na scenie. Bardzo szanuję producencką robotę Alchemista i lubię nawijkę Boldy’ego, ale ich wspólny występ nie ustrzegł się wspomnianego efektu nudy. Statyczna nawijka, muzyka z taśmy… Szkoda. Te podkłady proszą się o to, by chociażby dorzucić perkusję, nie mówiąc już o większym instrumentarium. I dorzucić producencką robotę. Było spoko, ale żałowałem, że nie zostałem dłużej na Model/Actriz. Tam działy się rzeczy magiczne, tutaj był przekaz zaaplikowany na mocnym autopilocie.

Ostatnie minuty tuptania w miejscu spędziłem przy dźwiękach The Blaze. Nie znam twórczości grupy i w przyszłości raczej po nią nie sięgnę. W kategoriach pianinko i elektroniczny trans z okazjonalnymi przejściami / Kiasmos, ofertę The Blaze oceniam po prostu na mierną. Niby można było potańczyć, niby się rozmarzyć, ale w sumie i to i to na pół gwizdka. Czy gdyby ta muzyka leciała na gastro, to przysiadłbym na dłużej? Zapraszam do zgadywanek, ale odpowiedź jest raczej prosta.
Czy widzimy się w Katowicach za niecały rok? Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Bilet pewnie kupię, najwyżej potem odsprzedam, ale bacznie będę przyglądać się line-upowi. Mam nadzieję, że ogłoszenia będą zwarte i przejrzyste, co nieco ułatwi mi proces decyzyjny.
Czy teren festiwalu opuszczałem ze łzą w oku? Nie, ale serce zabiło mocniej — nie zaprzeczę. Nie chciałbym się żegnać z tą imprezą, ale to, co na niej zobaczyłem, przeżyłem i wytańczyłem to moje. Jeśli nie dorzucę do tego więcej, to będzie mi bardzo szkoda, ale energię tę spożytkuję po prostu na inne miejsce. A jeśli nie, to wpiszę się po prostu w archetyp OFFowicza — marudzącego mocno przed, trochę w trakcie, mniej po, a potem czekającego z wypiekami na twarzy na pierwszy weekend sierpnia.
Zobaczymy.


