Obudzony w środku nocy z pytaniem, od czego to się wszystko zaczęło i która z muzycznych stylistyk jest mi najbliższa, zapewne odpowiem, że grunge. Nie wchodząc w szczegóły na temat tego, czy grunge jest gatunkiem, czy też nim nie jest (sam postrzegam go raczej jako zjawisko bądź trend lub szerzej — scenę), to muzyka z Seattle i okolic (także tych dalszych) już zawsze będzie miała wydzieloną specjalną przestrzeń w moim serduszku. Logiczne więc, że w wolnym czasie staram się nadrabiać różne pozycje książkowe na jej temat. Tym razem padło na publikację polskiego autora Piotra Jagielskiego i wydany w ramach Wydawnictwa Czarnego tytuł Grunge. Bękarty z Seattle.
Nie będę trzymać w niepewności każdego, kto zastanawia się nad zakupem tej książki i powiem wprost — mnie nie przyniosła ona satysfakcji po zakończeniu lektury. Nie do końca wiem, jaki cel przyświecał Jagielskiemu przed jej napisaniem. Nie jest to biografia, nie jest to zbiór felietonów czy też własnych przemyśleń na temat sceny Seattle. Nie mamy tu do czynienia z formą wywiadu-rzeki. Nie jest to też reportaż, choć podejrzewam, że do niego jest temu tytułowi najbliżej.
Niemniej autorowi udało się dotrzeć do kilku z przedstawicieli grunge’owych brzmień. Są to m.in. Mark Arm (Mudhoney), Kevin Wood (Malfunkshun), Kim Thayil (Soundgarden) czy fotograf Charles Peterson. Szczególnie pierwszy z nich dodaje głębi całości. Ba, dzięki temu książka zyskuje przesłanie, bowiem Jagielski, tak jak i sam Arm, zdaje się stawiać skromność i wolność twórczą ponad wielką popularność, którą to zresztą wskazuje jako główną winowajczynię takiego, a nie innego finału sceny i poszczególnych jej przedstawicieli. To akurat najciekawszy z wątków, który przebija się przez kolejne strony Grunge. Bękarty z Seattle. Niestety, jednocześnie chyba jedyny wybijający się i wciągający element całej tej pozycji.
Generalnie jednak Jagielski stara się opisać w dość krótkiej, nacechowanej własną oceną relacji sporą część historii sceny. Jest tu oczywiście miejsce dla zespołów bardziej znanych, takich jak Pearl Jam, Alice in Chains, Nirvana czy Soundgarden, ale znaleźć można również krótkie wątki dotyczące The Screaming Trees, Mudhoney, Green River czy Tad. Niestety opisom tym brakuje głębi: poszczególne wątki są raczej odhaczane w sposób chronologiczny, a konia z rzędem temu kto, będąc bardziej zainteresowany grungem, nie znał wszystkich tych „ciekawostek” zaprezentowanych przez autora. Co więcej, te i tak pochodzą zazwyczaj nie z bezpośrednich rozmów z ww. muzykami, a z innych publikacji. Najciekawsze cytaty to oczywiście zasługa Marka Yarma i jego książki Wszyscy kochają nasze miasto, będącej prawdziwym kompendium, właściwie pozbawionym wad i kompleksowo podchodzącym do tematu. Tu kompleksowości zabrakło.
Może więc Grunge. Bękarty z Seattle jest tytułem dla osób niezaznajomionych ze sceną Seattle? Tej perspektywy, z racji własnego zainteresowania tematem, oczywiście nie posiadam, ale nie wydaje mi się. Książka nie jest napisana porywającym językiem i nie znajduję wniej iskierki ekscytacji związanej z chęcią przybliżenia tematu nieuświadomionemu słuchaczowi. A jeśli jej nie ma, to trudno zarazić się bakcylem i zafascynować opisywaną przez Jagielskiego sceną. Perspektywa autora, nawet jeśli uwzględnia tych kilka mniej znanych zespołów męskich, jest też bardzo niepełna, a do tego mało przystępna. Autor skacze po zespołach, miejscach, rzadko kiedy stosując konkretną klamrę i spajając swoje myśli jakąś błyskotliwą, odkrywczą puentą. Nie dotyka w ogóle tematu żeńskich grup sceny (serio?!), co jest dla mnie sytuacją niewytłumaczalną. Wydaje się, że pisze przede wszystkim pod tezę: ci, którzy w porę uciekli z pędzącego pociągu, uratowali skórę — reszcie się to nie udało. Zgadzam się z tym, ale to nieco za mało w kontekście tak obszernego tematu, jakim jest grunge i cała scena skupiona wokół Seattle.
Mimo wszystko nie uważam, by czas poświęcony na przeczytanie Grunge. Bękarty z Seattle był czasem całkowicie straconym. Co prawda nie dowiedziałem się zbyt wielu nowych rzeczy na temat muzyki z Seattle, ale miło było zobaczyć dystans Marka Arma czy twórców wytwórni Sub Pop, Jonathana Ponemana i Bruce Pavitta do swojej przeszłości i ideałów, które przyświecały im na początku ich drogi. Ich wypowiedzi nie mają w sobie goryczy; są to osoby pogodzone z tym, jak potoczyła się ta historia, chociaż czuć też, że chcieliby, by ich osobisty happy end dotyczył także wszystkich tych, których życiorysy zakończyły się inaczej. Natomiast pod względem faktograficznym, wyrazistości stylu autora czy nawet struktury Grunge. Bękarty z Seattle nie jest pozycją wybitną. A już na pewno nie postawiłbym jej w tej samej lidze co wspomnianą tu już Wszyscy kochają nasze miasto, którą to z kolei polecam z całego serca. Nie tylko fanom grunge’u, ale po prostu wszystkim tym, których interesuje szeroko pojęta muzyka alternatywna, jej powiązania z mainstreamem i tym, jaki ma to wpływ na pojedyncze ludzkie historie, a także całą popkulturę. To po prostu dzieło skończone i w tym przypadku cel ukazania całości zjawiska zwanego grungem zostaje w pełni osiągnięty.
W tym kontekście Grunge. Bękarty z Seattle to zaledwie krótkie, nieco wybrakowane pod względem formy addendum do książki Yarma.
