Nine Inch Nails | Open’er Festival 03.07.25

Jako młokos wchodzący w świat muzyki miałem przed sobą kilka drogowskazów, które poprowadziły mnie w totalnie różne muzyczne zakątki. Tych kilka zespołów-monolitów ukształtowały zarówno mój gust, jak i wykształciły ogromną potrzebę poznawania nowego. I kiedyś postanowiłem sobie, że wszystkie te Ważne Nazwy zobaczę na żywo. Ostatnią z tej listy było Nine Inch Nails.

Są takie występy, podczas których wyłącza się mój wewnętrzny krytyk i których już po fakcie nie da się, ale też nie ma we mnie takiej potrzeby, opisać profesjonalnie. Działają głównie emocje – zarówno w trakcie jak i długo po – co zresztą bardzo mnie cieszy. Wyłącza się głowa, otwiera serce. Brzmi górnolotnie, ale tak właśnie czułem się w trakcie koncertu NIN na gdyńskim Open’erze.

Ważny jest też kontekst. W 2014 roku miałem jechać na Reznora i spółkę do Katowic. Nie dotarłem, chwilę przed złamałem piętę i rozwaliłem staw skokowy. Wydarzyło się to dosłownie trzy tygodnie przed tym wydarzeniem. Gdy tylko zobaczyłem, że w tym roku zespół wraca do Europy, to postanowiłem, że nie ma innej możliwości – muszę ich zobaczyć. Dodatkowo okazało się, że zagrają tuż pod moim nosem. W miejscu, za którym może nie przepadam, ale które dało mi mnóstwo świetnych chwil pod wieloma ze scen i które przez to doceniam. Nie zastanawiałem się zbyt długo.

I jak na złość trzy tygodnie temu wskutek nieszczęśliwego wypadku zwichnąłem staw kolanowy.

Nie byłem i nie jestem w formie – dobry tydzień temu chodziłem jeszcze o kulach – a każdy krok, nawet w ortezie, nadal jest nierówny i co tu dużo mówić, bardzo męczący. Wiedziałem jednak, a może czułem, że drugiej okazji może nie być. I dałem radę.

Te wszystkie przeciwności spowodowały raczej większy stres niż samą ekscytację na wieść o zobaczeniu wymarzonego artysty. Wszystko to minęło wraz z rozpoczęciem występu. Prawdziwej sztuki: zarówno pod względem samego nagłośnienia, energii płynącej ze sceny, jak i oprawy. Kamerzysta, który biegał po scenie, nagrywając wszystko na taśmie puszczanej na telebimach, powinien dostać honorowe członkostwo w zespole. Stałem na tyle blisko, ale też na tyle daleko (jednak tłum, z którego nie ma wyjścia, nie jest obecnie moim ulubionym miejscem), że widziałem zarówno scenę, jak i telebimy. I to na nich po chwili skupiłem się w całości. W towarzystwie tak dobrze brzmiącego występu i sposobu jego ukazania czułem się tak, jak gdybym był tam w środku. Na scenie. W samym centrum muzycznego huraganu, którego autorem było Nine Inch Nails.

Zespół postawił na set przekrojowy. Pojawiło się sporo kawałków z nowszych płyt, ale nie zabrakło też klasyki. Było sporo zmian wobec tego, co grywali na koncertach halowych, co skrzętnie śledziłem, ale wydaje mi się, że z dużym pożytkiem dla zgromadzonej tego dnia w Gdyni publiki. Nie był to set agresywny. Jeśli miałbym go jakoś określić, to powiedziałbym, że muzycy skupili się na uwypukleniu wrażliwości z każdej z kompozycji. Nie brzydoty, a piękna, które jednak gdzieś tam, pod całym tym syfem, jest obecne. Była to bardzo emocjonalna przejażdżka, szczególnie dla kogoś, dla kogo ten zespół jest tak ważny. Nie wiem, czy kiedykolwiek mi się to zdarzyło, nie przypominam sobie, ale na kończącym całość Hurt po prostu się popłakałem.

Dziś, dwa dni po koncercie, pisząc te słowa, nadal mnie trzyma. Nadal jestem tam. Znajduję się pod, a może nawet na samej scenie. Emocjonalnie jeszcze nie odtajałem, psychicznie pozostałem w tamtym miejscu. Był to jeden z najlepszych koncertów, jakie widziałem w życiu. Ze wszystkich tych powodów, o których wspomniałem wyżej i wielu innych, których nie da się w żaden sposób wyartykułować. Jednocześnie było to dla mnie zamknięcie pewnego etapu. Jakiegoś celu, który założyłem sobie dawno, dawno temu.

W szczególności jednak było to jedno wielkie spełnienie marzeń tego młodego chłopaka z przeszłości, którym gdzieś tam w środku nadal jestem.