Black Mynah – Worried ‘bout Madame (2025)

Najgorzej pisze się o albumach, co do których człowiek nie ma zdrowego dystansu. Na które czekał, osłuchał się porządnie z materiałem na koncertach i to jeszcze przed jego wydaniem. Płyt, co do których przed premierą miał konkretne oczekiwania. I o zespołach, których jest się fanem.

Black Mynah i ich Worried ‘bout Madame dotyczy każde z powyższych zdań. Mimo wszystko spróbujmy.

Napisałem ich, bo w przeciwieństwie do poprzednich wydawnictw sygnowanych tą nazwą, najnowsza jest dziełem zespołowym. Black Mynah od początku był i jest inicjatywą Joanny Kucharskiej (kiedyś Lonker See czy Kiev Office). To jej projekt, jej muzyka, jej teksty i wizja. Na debiucie (Monster Stories / 2013) wsparli ją w studiu inni trójmiejscy muzycy, na drugiej płycie (II / 2020 r.) stworzyła pełnoprawny duet z Pawłem Ruckim (Sea Saw, Dule Tree i mnóstwo innych). O ile debiut oceniam jako zbiór różnorodnych, choć ubranych w pewien wspólny nawias pomysłów, tak na II, skądinąd świetnym i szerzej niedostrzeżonym albumie, artystka stworzyła naprawdę solidną podstawę i określiła konkretne ramy brzmieniowe dla Black Mynah. W swojej recenzji tego materiału pisałem o tym, że „Brud bardzo dobrze pasuje do klimatu pokręconego snu i opowieści o indywidualnych słabościach, rozczarowaniach i wyrzutach sumienia. Riffy i perkusyjne uderzenia są tu bardzo wyraziste, a każda z kompozycji ma do zaproponowania inny odcień czerni”. Całość mocno przypominała mi dokonania Sonic Youth. Na Worried ‘bout Madame Kucharska kontynuuje te wątki, ale wpada jeszcze głębiej w króliczą norę. Żadne szaleństwo jej niestraszne.

Black Mynah (zdj. Obrazowo)

Spędzając dużo czasu z dźwiękami zamkniętymi w formułę płyty, moja wyobraźnia często podsuwa mi konkretne obrazy. W tym przypadku pomogła mi w tym sama Kucharska, która przed wydaniem Worried ‘bout Madame wspomniała o tym, że album dedykowany jest Normie Desmond, postaci z filmu Bulwar Zachodzącego Słońca. Samego filmu nie będę Wam (aż tak) spoilerować, bo warto zaznajomić się z tym arcydziełem na własną rękę, ale nie mogę odciągnąć się od myśli, że faktycznie to szaleństwo Normy przepełnia tę płytę.

Pomimo dość zróżnicowanych strukturalnie kompozycji, wszystkie je spowija specyficzny, trudno definiowalny klimat. Mam wrażenie, że podstawa, czyli sekcja (wspomniany Rucki na perkusji oraz Kucharska na basie) wraz z głównymi wokalami (pięknie panująca nad własnym głosem Kucharska) reprezentują tu wspomnianą Normę (lub jej archetyp). Postać żyjącą w iluzji, do której nie dochodzą informacje pochodzące z rzeczywistości, burzące wykreowany w jej własnej głowie obraz jej samej. I tak właśnie gra sekcja: bardzo wyraźnie, pewnie, mocno na przedzie, grooviasto, ale też w sposób nieoczywisty. Tempo bywa zmienne, całość dobrze trzyma się w ryzach, ale bywają i momenty, gdy człowiek ma wrażenie, że zaraz wszystko to rozpadnie się na kawałki. Czuć to także w kruchości wokalu, który przepełniony jest emocjami, choć nieudolnie (acz jak najbardziej świadomie na poziomie twórczym) próbuje je zamaskować.

Tak prezentuje się świat wewnętrzny wspomnianej bohaterki i jej postawa wobec tego, co dzieje się wokół niej. A to, co na zewnątrz, reprezentuje naprawdę niesamowita gra na gitarze Marcina Lewandowskiego (kiedyś Judy’s Funeral i Kiev Office). Partie Marcina są naprawdę oryginalne i nietypowe, a jego samego uważam za jednego z ciekawszych muzyków wykorzystujących ten (i nie tylko, bo w innych projektach grywa też na basie) instrument. Lewandowski gra jakby obok i gra coś zupełnie innego niż reszta, a jednocześnie ściśle współpracuje z głównym wątkiem, którym jak już wspomniałem, jest w tym przypadku gra sekcji rytmicznej. Jego instrument pobrzękuje, bulgocze i wydaje wiele innych, dziwnych, opartych na przesterze i efektach dźwięków. Lewandowski potrafi zapętlić konkretny fragment, zamarkować solówkę  i zaraz popsuć ją tak, że dana fraza staje się jeszcze lepsza. A już na pewno ciekawsza. Potrafi grać równo i poza rytmem, ale jego outsiderski sposób operowania na gitarze to tak naprawdę zmyłka. Marcin słucha pozostałych i dopasowuje swoje partie do reszty. Jego partie interpretuję jako przedzierającą się do głowy Desmond prawdę o tym, że wszystko, co zalęgło się w jej głowie, to kłamstwo. Fantazja, której ona sama jest autorką. Odarty z piękna i blichtru świat, który puka do drzwi jej skołatanej psychiki, przyjął tu postać krążących wokół sekcji oraz wokalu i bezlitosnych, a do tego zupełnie nieprzystających do nich partii. Otworzyć się na nie, to otworzyć się na coś, o czym wiedzieć się nie chce. Po uchyleniu takich drzwi nie da się ich już zamknąć.

Mimo wszystko pewne strzępki informacji nawet jeśli okopiemy się we własnym świecie, zawsze do nas dotrą. Początków tego rozedrgania i walenia się budowanych przez lata murów odczytuję w niepokojących, syntezatorowych tłach. Te są autorstwem Aleksandry Joryn (Balzam), która w wielu momentach śpiewa tu też w dwugłosie z Kucharską. W których konkretnie — naprawdę trudno stwierdzić. Oba głosy idealnie się uzupełniają, a w dodatku producencka robota (płyta brzmi wyśmienicie) sprawia, że nakładające się na siebie ścieżki dezorientują odbiorcę. To wszystko potęguje wrażenie dualizmu obu przedstawionych światów: wewnętrznego i zewnętrznego. Tego, jak oba na siebie wpływają, przenikają się i to tak, że w pewnym momencie trudno rozróżnić, co jest jawą, a co snem. Cała iluzja jest o krok od tego, by ulec rozbiciu. Co do tego nie ma wątpliwości.

Czy przedstawiona wyżej fantazja mojego autorstwa to zwykła nadinterpretacja? A może i ja żyję w świecie urojeń i dopowiadam sobie sporo tam, gdzie niczego nie ma? Może tak jak i Nora Desmond pogrążam się w swoim własnym świecie, bo nie interesuje mnie prawda? Nawet jeśli, to potrafię w porę otrzeźwieć, wyrwać się z chaosu myśli i stwierdzić z całą pewnością, że Worried ‘bout Madame to płyta wyjątkowa. Nie tylko stanowi zwarty brzmieniowo i lirycznie koncept, ale zawiera przemyślaną od początku do końca historię, która pochłania słuchacza coraz mocniej z każdym odsłuchem.

Worried ‘bout Madame to moja ulubiona tegoroczna płyta. Nawet jeśli, a może właśnie dlatego, że dzięki swojej wyjątkowości i magii stanowi antidotum na rzeczywistość. Posłuchasz, wciągniesz się i przepadniesz. Piękna sprawa.