Na BaarRa ostrzyłem sobie zęby, ale dotarłem dopiero na ostatni kawałek. Niestety w tygodniu to praca wyznacza rytm życia. Co zrobisz, jak nic nie zrobisz. Chętnie sprawdzę w innych warunkach, bo klimatyczne granie jest jak obiad w taniej budzie — jednym razem zachwyci, innym razem może wywołać sensacje innego typu. W tym przypadku trudno powiedzieć, jaki byłby efekt, ale ciekawość (i głód na nowe) bierze górę.
Maga, gdyby tylko zamknąć oczy, można by uznać za jeden lepszych zespołów grających doom na polskiej scenie. A to dużo powiedziane, bo akurat w smutnych i wolnych tempach jesteśmy całkiem mocni. Nie mogę jednak przeboleć imidżu grupy. Kaptury i kapelusze jak z Hogwarts Legacy to nie jest coś, co przy takiej muzyce wypada „cool”. Nawet jako etatowy gracz grający w gierki (także fantasy) mam mieszane uczucia, widząc taki poziom zaangażowania w temat. Z drugiej strony zespół tym się właśnie wyróżnia i — hej — nazywa się Mag. Nie wiem więc, co o tym tak do końca myśleć. Wylosowało się trudne. Oceniając jednak samą warstwę muzyczną, to było na czym zawiesić ucho. Ciążący ku dołowi bas i mistyczna aura tworzyły smolisty, okultustyczny klimat, a dodatkową wartością był ponadprzeciętny (nie tylko jak na ten gatunek) wokal. Kto więc lubi opowieści czarach i urokach zagrane w spowolnionym tempie, ten myślę, że bawił się przednio. Ja pozostałem gdzieś pomiędzy. Mimo wszystko naprawdę doceniam to, że brzmieniowo, w niełatwej do wyróżnienia się i już mocno ogranej stylistyce, muzycy prezentują naprawdę wysoką jakość.

Nadszedł moment, gdy sceną zawładnęła Gorycz. Powiedzieć, że jestem fanem tegorocznej płyty, to jak powiedzieć nic. Dotyka mnie gdzieś głęboko ten uliczny, utkany z opowieści o ludzkich relacjach metal. Mimo wszystko wydawało mi się, że to głównie zasługa produkcji i że to metalowe Variété to taka zgrywa. Nic bardziej mylnego. Gorycz to faktycznie wytwór alternatywnego uniwersum, w którym bydgoski skład, zamiast drogą jazzu i dubu podążył ścieżką metalu. Trzeba jednak oddać Goryczy, że to tylko punkt wyjściowy, a może po prostu nadinterpretacja zafiksowanego autora tejże relacji. Przede wszystkim w swoim muzycznym CV Gorycz ma przemyślane, pełne treści kompozycje oraz sceniczny anturaż, którego mogliby pozazdrościć im najwięksi. Grupa wzięła podczas czwartkowego wieczoru na warsztat wszystkie najtrudniejsze emocje, przyjrzała się im z bliska, wylała na słuchaczy, a ja, sponiewierany tym wszystkim, i tak wyszedłem z klubu bardziej niż zadowolony. Taka świadomość tego, co chce się przekazać odbiorcy i świetny warsztat do tego, by to zrobić, naprawdę nie zdarza się często. A ten bas… Można się było w nim rozkochać. Bądźcie więc Polakami, poczujcie Gorycz. Ta smakuje najlepiej na świecie.
Sprawdźcie koniecznie katalog Piranha Music, która odpowiada za tę trasę.

