Deftones / Denzel Curry / Drug Church | Atlas Arena Łódź 05.02.2026

Zanim rozwinę myśl zawartą w zajawce tego tekstu, muszę oddać nieco miejsca dwóm zespołom towarzyszącym głównej gwieździe tego wieczoru. Szczególnie że w moim przypadku były dość istotnym powodem, dlaczego do Łodzi w ogóle zawitałem.

Drug Church

Drug Church poznałem przeczesując różnorakie zestawienia podobnych grup zaraz po odsłuchu przełomowej płyty Turnstile pt. Glow On (wyd. 2021 rok). Pod względem brzmienia i energii to zbliżona bajka, choć diabeł tkwi oczywiście w szczegółach. Drug Church też sypią melodiami jak z rękawa, ale jednak bliżej im do sceny hardcore. Nie ma też mowy o jakimś przesadnym eksperymentowaniu ze strony Patricka Kindlona i spółki. Niemniej jednak skład ten lubię i to bardzo i choć dobrze wiedziałem, że ich rola tego wieczoru będzie sprowadzać się do typowego rozgrzania publiki przed tym, co nastąpi tuż po nich, to nie spodziewałem się, że zespół jest aż dobry w tym, co robi! Wystarczy stwierdzić, że pogo i nieskrępowane punkowe tańce rozpoczęły się niemalże z pierwszymi taktami ich muzyki. Set był niestety króciutki, za to konkretny i bardzo energetyczny, co w moich oczach tylko podbiło wiarygodność grupy. Mimo wszystko poczułem spory niedosyt, bo publika wyraźnie podłapała klimat i wciągnęła się w ten prosty (aczkolwiek daleki od prostackiego) świat dźwięków autorstwa Drug Church. Liczę, że po takim przyjęciu wrócą na osobny klubowy koncert. Obecność obowiązkowa!

Denzel Curry to dla mnie artysta nierówny. Choć nie, to nie do końca dobre określenie. Są w jego twórczości elementy i motywy, które uwielbiam. Inne mnie nudzą. Przekłada się to na odbiór poszczególnych płyt: do takiego Melt My Eyez See Your Future (wyd. 2022 r.) wracam z ogromną przyjemnością, a do Imperial (wyd. 2016 r.) już niekoniecznie. Zasadniczo im więcej w jego trackach energii i to tej dzikiej, podbitej agresją, ale z poukrywanymi smaczkami, tym lepiej. Przechodząc do koncertu, to odczułem go nieco podobnie. Energia była i to ona wraz z nienaganną, imponującą pod względem szybkości nawijką oraz zagadywaniem publiki pomiędzy utworami napędzała ten występ. Gorzej, że pomimo niej odczułem gdzieś w drugiej połowie stateczność tego spektaklu. Gościu z mikrofonem z DJem (do tego całkiem niezłym hypemanem) na scenie to po prostu dla mnie za mało. Już któryś raz mam takie wrażenie podczas koncertu spod znaku hh i widocznie jest to coś, czego nie przeskoczę. Piję do tego, że nawet jeśli beaty były tłuste, a żołądek skakał do gardła, to nadal odegrane co do joty tak, jak na płycie. Wiem, żadna to niespodzianka w tym gatunku, ale wspominam o tym tylko dlatego, że ja od koncertu oczekuję jednak czegoś innego. Curry mógłby pokusić się o nieco większe sceniczne zaplecze, co zdecydowanie przysłużyłoby się jego występowi. Tu było dobrze, co do tego nie miejcie wątpliwości, ale w mojej opinii mogłoby być jeszcze lepiej.

Denzel Curry

Przyszła pora na Deftones. Setlistę znałem na pamięć już wcześniej, także z konkretnymi dźwiękami zakodowanymi w pamięci przystąpiłem do spektaklu. I tu chwila dygresji na temat obiektu, czyli łódzkiej Atlas Areny. Byłem tam wiele lat temu na koncercie The Cure i wyszedłem zachwycony tym, jaką to miejsce na akustykę. Tego wieczoru było zresztą tak samo… do momentu, gdy na scenę zameldowali się muzycy Deftones. Nie było źle i nie było zdecydowanie gorzej niż u poprzedników, ale jednak nie było idealnie. Z perspektywy zastanawiam się, czy to aby sam zespół nie chciał tak brzmieć. A może raczej to kwestia dość drastycznej zmiany ustawień pomiędzy poszczególnymi występami była przyczyną zamieszania? Tak czy siak, skutek tego taki, że Chino Moreno został dość mocno zakryty muzyką w pierwszej części setu. I wiadomo, że romansujące z shoegaze’em brzmienie to przecież znak rozpoznawczy grupy, ale w mojej opinii nie o małą słyszalność wokalisty w przypadku Deftones chodzi. Zresztą im dalej w koncert tym wydawało się, że jest lepiej i albo zdołałem się przyzwyczaić, albo po prostu nagłośnieniowcom udało się odpowiednio ustawić suwaki. 

Zacząłem od marudzenia, bo oprócz niego zostały mi już tylko pochwały. Już sama setlista zawierająca utwory z niemalże każdej z płyt z żelaznymi przebojami jak otwierający Be Quiet and Drive (Far Away) czy wybrzmiewającym w końcówce My Own Summer (Shove It) robiła wrażenie. Tak, najwięcej kawałków zagrali z nowej płyty, ale jak po tylu latach nagrywa się tak dobre krążki, to czemu z tego nie skorzystać? Highlightami, tak jak i na wspomnianym wydawnictwie, były więc dla mnie cut hands czy milk of the madonna. Do skakania nakręciła mnie także Lhabia i powrót do początków w postaci zamykającego set (z gościnnym udziałem fana na gitarze) 7 Words. Nie zabrakło też klimatycznych, marzycielskich Hole in the Earth czy Change (In the House of Files). Podsumowując — dla mnie był to zestaw wręcz wymarzony. 

A sam zespół? Na razie ogrywają hale, ale zaraz będą zdobywać stadiony świata. Muzycy nie tylko z polotem odgrywali konkretne partie, co robili to z ogromną pasją i… miłością do własnego materiału. Zespół był bardzo skupiony, profesjonalny, a przy tym naprawdę wczuty emocjonalnie w to, jakie dźwięku udawało mu się wytworzyć na scenie. Wtórował w tym bardzo żwawy i wypełniony pasją Moreno. Wokalista dwoił się i troił, a pomimo wspomnianych wyżej kwestii związanych z nagłośnieniem brzmiał po prostu świetnie. Partie czyste łapały za serce, te pełne krzyku powodowały, że chciało się krzyczeć wraz z nim.

W pewnym momencie, szczególnie patrząc na zebraną pod sceną publikę i obserwując świetne show (także pod względem wizualizacji, o czym zapomniałem, a o czym zdecydowanie warto byłoby wspomnieć) pomyślałem, że jeśli ktoś miałby w przyszłości zastąpić którąś z Wielkich Nazw (dajmy na to, zaryzykuję, że Metallicę) i ponieść sztandar metalowych / rockowych dinozaurów, to Deftones zdecydowanie mają na to papiery. Równa dyskografia, dopracowany pod względem narracji i dramaturgii występ, świetna energia sceniczna, ale przede wszystkim umiejętność dotarcia do nowych słuchaczy. Przebywając na płycie, byłem jednym ze starszych uczestników tego gigu, a ilość młodych dorosłych (w wieku studenckim) oraz nastolatków znających na pamięć teksty była niebywale budująca i cieszyła serducho. Oczywiście zabawy w proroka często źle się starzeją, ale zespół jest już wspomniany przeze mnie scenariusz gotowy. Reszta nie zależy od nich.

Łódzką arenę opuszczałem w świetnym humorze, a kolejnych kilka dni spędziłem na intensywnych odsłuchach dyskografii Deftones. Koncert rzucił na grupę nieco inne światło i z tej perspektywy ta zaczęła mi się jeszcze bardziej podobać. Wcześniej nie bardzo, a teraz bardzo ochoczo, z wysuniętą do przodu piersią mogę zaprezentować nową muzyczną odznakę. Order fana Deftones.