AcidSitter wydali niedawno świetną płytę (sprawdźcie Escape From Egoland, jeśli jej nie znacie), więc ciekawość nakazywała, by sprawdzić jej jakość w warunkach koncertowych. Nie ma się co bawić w subtelności i przedłużać niepewności: AcidSitter umie w psychodelę. Umie i to bardzo umie, bo na żywo nie dość, że zachowuje ducha wersji studyjnych, to potrafi podkręcić tempo (o głośności nie mówiąc) i pobawić się w kreatywny sposób poszczególnymi fragmentami. Miło było obserwować, jak sekcja narzucała (sobie i reszcie) szaleńczy groove, a gitary tworzyły efekt symbiozy pomiędzy rytmicznym przesterem a solowymi popisami. Efekt taki, że szczena opadła, nogi wpadły w rytm, który trudno było zatrzymać, a ciało osiągnęło absolut w postaci (z)równoważnego bujania się w lewo i prawo. Lewo i prawo. Z premedytacją piszę o tym koncercie w ten sposób, bo ten przepełniony był transem i nieoczywistym wykorzystaniem znanych obowiązkowych gatunkowych gimmicków. Make Acid Great Again to nie byle hasło. To styl życia. Teraz to złapałem.
Włosi z Sharasad mieszali w dźwiękowym kotle sporą chochlą, a efektem było połączenie pierwotnej energii Iggy’ego Popa z nieco świeższą odmianą psychodelii i trudnym do opisania, szerokim pod względem inspiracji tworem zwanym alt rockiem. Tym prawilnym, czyli z lat 90., ale przyprawiony szczyptą indie. O dziwo ta dość nietypowa mieszanka działała — głównie dzięki wyraźnym melodiom, wokalnej charyźmie i ogólnej, bujającej formie. Występ udany i miejscami nawet porywający, a już na pewno skłaniający do tańca.
Dodam jeszcze, że wieczór otworzyło lokalne Human Analog. Zmienił się skład, a całość zabrzmiała dość oldschoolowo i bardzo garażowo.
