The Sisters of Mercy to zespół, który stanowi pewien fenomen. Tak szybko, jak pojawili się na muzycznej scenie, tak szybko z niej zniknęli. Na koncie mają jedynie trzy, długogrające płyty studyjne (ostatnia z 1990 r.), a koncertują do dzisiaj. Kompletnie odcięli się od przemysłu muzycznego, a jednocześnie stanowili w swoim najlepszym okresie, jedno z jego ogniw i wykorzystali udostępnione im środki w całości. Zmienili także oblicze gatunku, do którego teraz nawet się nie przyznają. A właściwie nie przyznaje, bo za sukcesem zespołu stoi tak naprawdę jedna osoba – Andrew Eldritch. Postać enigmatyczna, trochę cyniczna, jednocześnie przyciągająca i odpychająca. Jaki jednak nie byłby prywatnie, czego by nie powiedział w wielu wywiadach, z którymi możemy się zapoznać, udało mu się stworzyć muzykę ponadczasową, do której inne grupy odwołują się do dzisiaj. Z tego też powodu warto pochylić się nad twórczością The Sisters of Mercy, bo jest to zespół wyjątkowy, oryginalny i zdecydowanie wart przypominania.

1246753
Alice [EP] (marzec 1983)
1. Alice (3:35) 2. Floorshow (3:41) 3. Phantom (7:11) 4. 1969 (2:45)

Mamy tu zaczątki własnego, znanego i nam stylu, ale automat perkusyjny, którego używa w tym okresie zespół, trochę psuje klimat całości. Szczególnie słychać to w 1969, gdzie (tak jak w oryginale) rozbrzmiewa „klaskany rytm”, tylko że w tym przypadku jego autorem jest Dr Avalanche. Efekt co najmniej dziwny i trudno brać to wykonanie na poważnie. Drugi z dodanych utworów, czyli Phantom, nawet nie udaje, że jest czymś więcej niż próbą możliwości powyższego. Z drugiej strony już na początku kariery grupie udało się stworzyć Alice, kompozycję, która do dziś jest jednym z największych „hitów”. Nie ma się co dziwić, bo w warstwie muzycznej zawiera wszystkie elementy charakterystyczne grupy. Jest i posępny, przechodzący w echo wokal Eldritcha, wyraźnie prowadzący bas, na pierwszym planie słyszymy prosty gitarowy riff, uzupełniany gdzieniegdzie drugą, przesterowaną i brzmiącą jak z horroru gitarą, a to wszystko spaja tym razem całkiem zgrabnie zaprogramowany rytm zimno brzmiącej perkusji.

Materiał wyszedł później jako część kompilacji Some Girls Wander By Mistake.

r-250349-1434390261-1344-jpeg
The Reptile House [EP]
(maj 1983)
1. Kiss The Carpet (5:55), 2. Lights (5:51), 3. Valentine (4:44), 4. Fix (3:41), 5. Burn (4:49), 6. Kiss The Carpet (Reprise) (0:36)

Skład taki sam jak na poprzedniej EPce, ale zawartość już trochę inna. Jest zdecydowanie mniej punkowo, poszczególne kompozycje zagrane są wolno, powoli budując klimat, co bezpośrednio przekłada się na ich długość. Przyłożono się też bardziej do produkcji – w takim Lights mamy dość mocno słyszalny pogłos, a w Burn w pewnym momencie zastosowano efekt odwróconej taśmy. Sam Eldritch w wywiadach powtarzał, że większość partii zagrał sam, bez udziału Craiga Adamsa (basisty) i Gary’ego Marxa (gitarzysty). Materiał miał zabrzmieć jak najbardziej poważnie, wręcz klaustrofobicznie, tak jakby słuchacz nie mógł wydostać się z tytułowego Reptile House. Potwierdzeniem tego jest sam koncept, czyli umieszczenie jako ostatniego kawałka fragmentów pierwszego utworu, tak jakbyśmy zataczali krąg i wracali w to samo miejsce. I to się zespołowi udało, bo wydawnictwo jest bardzo duszne, nieprzyjemne, ale trzyma nas przy sobie i chce się do niego wracać.

Tak samo, jak pierwsza EPka, tak i ta została wydana na kompilacji Some Girls Wander By Mistake. Było to też ostatnie wydawnictwo z Benem Gunnem (gitara) w składzie.

r-245712-1353974079-5752-jpeg
Body And Soul [EP] (czerwiec 1984)
1. Body And Soul (3:28), 2. Body Electric (4:39), 3. Train (2:39), 4. Afterhours (7:26)

Wydana jedynie na winylu EPka Body And Soul to ostatnia przymiarka przed wydaniem pełnoprawnego albumu. Do składu dołączył Wayne Hussey (później m.in. z Craigem Addamsem utworzą grupę The Mission), ale całość znowu skomponował Eldritch. Mamy tu powrót do bardziej dynamicznego, miejscami nawet tanecznego grania. Mocno wyeksponowano bas, który tutaj nie ciągnie tak mocno do dołu, a raczej zachęca do tego, by się trochę poruszać. Szczególnie w Body Electric sekcja rytmiczna zdaje się podążać w te bardziej taneczne rejony. Z samego wydawnictwa zdecydowanie wybija się ostatni kawałek – Afterhours. Mamy powrót do budowania nastroju, ale tym razem zastosowane środki są inne niż na The Reptile House. Tam było duszno i klaustrofobicznie – tutaj jest po prostu przerażająco. Cały utwór przypomina nocny powrót do domu przez jedną z zapomnianych dzielnic, gdzie oprócz nas nie ma nikogo, za to wokół pełno zaułków i nieprzyjaznych alejek. Wszechobecny mrok jednocześnie odpycha i przyciąga, więc brniemy dalej, ale finał tej podróży pozostaje nieznany.

W początkowej fazie działalności The Sisters of Mercy wydali też kilka innych singli (np. The Damage Done, Temple of Love), ale te omówię przy okazji kompilacji Some Girls Wander By Mistake.

350px-first_and_last
First and Last and Always (marzec 1985)
1. Black Planet (4:26), 2. Walk Away (3:24), 3. No Time To Cry (4:03), 4. A Rock and a Hard Place (3:34), 5. Marian (Version) (5:44), 6. First and Last and Always (4:02), 7. Possession (4:39), 8. Nine While Nine (4:12), 9. Amphetamine Logic (4:54), 10. Some Kind of Stranger (7:20)

Sam Eldritch może odżegnywać się od tego, że gra(ł) gotyckiego rocka, ale prawdą jest to, że debiut The Sisters of Mercy to absolutny klasyk tego gatunku. I to słychać już od początku – Black Planet to zimnofalowa gitara, wyraźnie zarysowana gra sekcji rytmicznej, ponury wokal z nie mniej mrocznym tekstem, mówiącym o możliwych skutkach kolejnej, tym razem nuklearnej wojny i wiążącej się z tym całkowitej ciemności, która zapanuje nad światem. W porównaniu do wydawnictw poprzedzających debiut First and Last and Always jest też płytą zdecydowanie bardziej melodyjną – taki refren Walk Away aż chce się zanucić razem z Eldritchem. Najprawdopodobniej duża w tym zasługa Wayne’a Husseya i Gary’ego Marxa, którzy są głównymi kompozytorami tego materiału (pierwszy z nich będzie zresztą kontynuować później obrane brzmienie w The Mission). W dodatku Dr Avalanche przyjął postać nowego sprzętu, jakim był Oberheim DMX, cyfrowy automat perkusyjny (użyty m.in. przez New Order w utworze Blue Monday). Jego brzmienie jest mniej kanciaste, chociaż dalej zimne i odhumanizowane, co wpasowuje się idealnie w stylistykę debiutu. Album po latach broni się przede wszystkim świetnymi kompozycjami, bo produkcja już w momencie ukazania się krążka nie stała na zbyt wysokim poziomie. Poza tym wokal Eldritcha jest niezwykle intrygujący, emocjonalny i doskonale współgra z tekstami. Nawet gdy śpiewa po niemiecku (jak w Marian (Version)), nie traci tego romantycznego, jakby zagubionego i jednocześnie natchnionego pierwiastka w swoim głosie. Słabszym momentem albumu nazwałbym z kolei Possession, gdzie balladowość niebezpiecznie skręca w stronę przesłodzonego kiczu (głównie ze względu na nieszczęsne klawisze) czy Nine While Nine, które nie wyróżnia się niczym ciekawszym w warstwie muzycznej (chociaż nadrabia z kolei tekstem, mówiącym o oczekiwaniu na coś, co wiemy, że nigdy nie nadejdzie). Końcówka płyty to znów intrygujące pomysły w postaci obłąkańczego Amphetamine Logic i powolnego, nieco sentymentalnego, ale świetnego w swojej konstrukcji, skupiającej się na wymiennej grze gitary i klawiszy, Some Kind of Stranger.

Ile dziś kultowości dotyczącej Sisters of Mercy bierze się z brzmienia i jakości kompozycji pierwszej płyty, a ile w pozamuzycznych działaniach i sposobie bycia Eldritcha – ciężko to rozstrzygnąć. Na pewno debiut stanowi bardzo dobre świadectwo swoich czasów, zarówno pod względem aranży, tekstów, produkcji, jak i całego stylu uprawianego przez grupę. Jest to też ostatni tak mroczny album grupy, który stał się też prawdziwą inspiracją dla całego gatunku. Sam Eldritch zaczął rozwijać swoje kolejne pomysły w zupełnie inną stronę, a zespół praktycznie przestał istnieć. Odeszli z niego główni kompozytorzy tzn. Hussey i Marx, a zaraz po nich basista Craig Addams. Andrew Eldritch rozpoczął nowy rozdział w swojej twórczości, powołując do życia wraz z basistką grupy Gun Club, Patricią Morrison, projekt The Sisterhood. Ten jednak nie zaistniał w szerszej świadomości słuchaczy, tak więc twórcy grupy nie pozostało nic innego, jak powrócić do starej nazwy i zacząć niejako od nowa.

r-166337-1222568838-jpeg
Floodland
(listopad 1987)
1. Dominion/Mother Russia (7:01), 2. Flood I (6:22), 3. Lucretia My Reflection (4:57), 4. 1959 (4:57), 5. This Corrosion (10:55), 6. Flood II (6:47), 7. Driven Like the Snow (6:27), 8. Never Land (a fragment) (2:55), 9. Torch (3:55), 10. Colours (7:23)

Pamiętacie, jak przy recenzjach poprzednich płyt miałem uwagi co do produkcji, aranżacji, długości co po niektórych utworów i o balansowanie na granicy kiczu? Tutaj produkcja jest zdecydowanie lepsza, aranżacje rozbuchane, utwory długie i napompowane różnymi dodatkami, a kicz stał się pojęciem zupełnie względnym i trudno mówić tu o jakichkolwiek granicach w tej kwestii. I pomimo powyższych, a może właśnie dzięki nim, jest to płyta jeszcze lepsza od debiutu.

Z brzmienia poprzedniczki pozostało niewiele. Może gitara, ale tutaj schowana jest ona w miksach do tyłu, a główną rolę odgrywa perkusja, bas i przede wszystkim – klawisze. A i jeszcze teksty – chyba jeszcze bardziej apokaliptyczne niż na poprzednich wydawnictwach. To już jednak bardziej darkwave niż gothic rock i to z tej bardziej rozbuchanej produkcyjnie strony. Idealnym tego przykładem jest otwierający album Dominion/Mother Russia. Z lekko rozmytą gitarą, tanecznym rytmem wystukiwanym przez Dr Avalanche’a, posępnym i rozemocjonowanym wokalem Eldritcha i zaśpiewami Morrison oraz niemal orkiestrowymi partiami syntezatorów. Nie zapominajmy też o symbolu nowej fali lat 80-tych – solo na saksofonie też tu znajdziemy.

Nie każdy utwór może pochwalić się takim przepychem jak ten otwierający album. Flood I to coś w rodzaju przerywnika, intra lub outra, ale z gatunku tych, które wciągają klimatem i których nie chcemy przełączać. Poszczególne kompozycje płynnie przechodzą tu od jednej w drugą i w ten sposób wita nas jedna z najbardziej charakterystycznych linii basowych, czyli utwór Lucretia My Reflection. Tekst dotyczy Lukrecji Borgii, a sama piosenka przez swój potencjał parkietowy do dzisiaj stanowi żelazną pozycję na setlistach różnorakich rockowych potupajek. Zupełnie minimalistyczny, bo rozpisany tylko na głos i fortepian, jest z kolei 1959. Zaraz po nim przychodzi już całkowicie rozpasany aranżacyjnie i produkcyjnie This Corrosion. Piosenka, od której zresztą wszystko się zaczęło, bo została stworzona jeszcze w czasach The Sisterhood. Rozpisana na głos męski i damski, gdzieś w tle towarzyszą temu chóralne zaśpiewy i dodatkowe efekty wokalne, a całość trzyma w ryzach motoryczne tempo dyktowane przez posępne partie syntezatora. Dodajmy do tego wszystkiego gitarowe quasisolówki i chaotyczny tekst, który w tym przypadku dorównuje temu, co dzieje się w sferze muzycznej. Na szczęście ilość dźwiękowych ornamentów idzie w parze z jakością i nie dziwię się, że po wysłuchaniu tego utworu włodarze z takiego giganta jak Warner zaproponowali grupie kontrakt. Opłacało się.

Dalej wcale nie jest mniej ciekawie. Flood II to taka mała syntezatorowa perełka, Driven Like The Snow, jak mówił sam Eldritch, to tak naprawdę kontynuacja Nine While Nine z poprzedniego albumu i ten z lekka oniryczny, romantyczny klimat bardziej do mnie przemawia. Ostatnim utworem wersji winylowej jest niezwykle zimny i do cna gotycki, również w sferze lirycznej, Never Land (a fragment). Na wersji CD dodano także Torch i Colours. Pierwszy zaskakuje nietypowym (jakby mocno szarpanym) brzmieniem gitary akustycznej w dość melancholijnej oprawie wokalnej, drugi jest tak naprawdę kawałkiem projektu The Sisterhood i stanowi syntezatorowy popis umiejętności lidera, skręcając w stronę nastrojowej, mrocznej elektroniki.

Dlaczego uważam, że ta płyta jest jednak lepsza od poprzedniczki? Przede wszystkim nie widzę na niej słabszych momentów. Bezwstydność w doborze środków aranżacyjnych i brzmieniowych dodatków dodała tylko oryginalności i ponadczasowości wszystkim utworom. Poza tym stylistycznie jest to bardzo spójna płyta, a jednocześnie nie nudzi, bowiem zawiera utwory w różnych tempach – od szybkich, parkietowych, przez orkiestrowe, do bardziej refleksyjnych ballad i syntezatorowych kolaży. Na pewno na wyobraźnię działa też cała otoczka z tymi wszystkimi teledyskami, ubiorem, postacią Patricii (jednak bardziej maskotki grupy, przynajmniej jeśli wierzyć wersji, że jej partie basowe zostały wykasowane przez Eldritcha przed premierą albumu) i ponurymi tekstami zwiastującymi koniec świata.

the_sisters_of_mercy_-_vision_thing_cover
Vision Thing (listopad 1990)
1. Vision Thing (4:35), 2. Ribbons (5:25), 3. Detonation Boulevard (3:52), 4. Something Fast (4:36), 5. When You Don’t See Me (4:47), 6. Doctor Jeep (4:41), 7. More (8:21), 8. I Was Wrong (6:03)

Pamiętam swoje pierwsze zetknięcie z dyskografią Sisters of Mercy i mój niesmak po odsłuchaniu ich ostatniego, studyjnego albumu. Dziś na szczęście horyzonty muzyczne mam już trochę szersze i podchodzę do niej inaczej. Faktem jednak pozostaje to, że Eldritch po raz kolejny zmienił szaty i choć skórzana kurtka pozostała, to na tej płycie bliżej mu do grupy harleyowców, niż do subkultury gotyckiej.

Z poprzedniego albumu zostały chyba tylko elementy damskiego wokalu, tak, jak w otwierającym płytę kawałku tytułowym. Po Patricii Morrison jednak już ani śladu (damskie partie wokalne są autorstwa Maggie Reilly), bo Eldritch zwolnił ją praktycznie z dnia na dzień i zaczął kompletować nowy skład, który pomógłby mu w nagraniu nowego krążka. I tak do grupy dołączył Tim Bricheno (gitara), Andreas Bruhn (gitara) oraz Tony James z Sigue Sigue Sputnik na basie. Na stanowisku ostał się Dr Avalanche, ale jego „gry” wraz z gitarą basową jest zdecydowanie mniej na tej płycie. A czego jest więcej? Przede wszystkim gitar.

Ta motoryczność i powtarzalność partii gitarowych to właśnie znak firmowy Vision Thing. Większość utworów skonstruowana jest na podobnej zasadzie – świdrujący, hard rockowy riff, do tego zachrypnięty i zdecydowanie bardziej agresywny wokal Eldritcha plus, w tle, różne muzyczne dodatki. W kawałku tytułowym i Detonation Boulevard takim dodatkiem jest damski wokal w tle, w Ribbons mamy mantryczną partię gitary akustycznej i wykrzykiwaną frazę „Incoming!”. Something Fast, gdyby nie wokal i pobrzmiewające gdzieś w tle gitarowe sprzężenia, łatwo można by zaklasyfikować jako southern rockową, akustyczną balladę. When You Don’t See Me to już prawdziwie rockowy numer i nawet ten charakterystyczny wokal tego nie zmienia. Ciężko jest się jednak tego czepiać, bo utwór jest melodyjny, ma dobrą partią gitary prowadzącej i dzięki przesterowanym dźwiękom drugiej z gitar, pomrukującej gdzieś w tle, buduj ponury nastrój, a na dokładkę zawiera w sobie bardzo nośny refren. Warto też dodać, że teksty nadal do wesołych nie należą i co prawda mało w niej gotyckiej wrażliwości, ale pesymizm jako sposób na opis zasad rządzących światem pozostał.

Najlepsze w kwestii muzycznej zespół pozostawił jednak na koniec. Doctor Jeep to prawie że metalowa gitara i lekko zmiękczające jej brzmienie, nasuwające skojarzenia z poprzednim albumem partie zagrane na syntezatorze. To jeden z tych kawałków, który powoduje, że jadąc samochodem, wciskamy mocniej gaz do dechy. More to z kolei przyszywany brat This Corrosion. Jednak o ile przy This Corrosion nie schodziliśmy z parkietu, tak More skłania bardziej do machania głową i tuptania nogą (tudzież dwiema). Mamy tutaj podobny przepych aranżacyjny (świetne gospelowe wstawki i syntezatorowy miraż), ale tym razem w klimacie hard rockowym. I Want More!

OK, trochę zapędziłem się z opinią o tym, że najlepsze utwory znajdziemy na końcu płyty, ponieważ zapomniałem o najmniej ciekawym z całego zestawu I Was Wrong. Całkiem zgrabne, akustyczne brzmienie, ale niepotrzebnie wydłużone i słychać, że nie starczyło pomysłów lub czasu, by go dopracować.

To w końcu jak jest z tym Vision Thing? Aż tak zła płyta, czy raczej niespełnienie oczekiwań fanów? Moim zdaniem to drugie, aczkolwiek ciężko sobie wyobrazić sytuację, w której grupa mogłaby przeskoczyć samą siebie po nagraniu tak znakomitego albumu, jak Floodland. Jeśli na Vision Thing mamy jakiś problem, to na pewno nie jest to brzmienie, które naprawdę daje kopa, a raczej słabsze, z lekka niedopracowane kompozycje i spartolona produkcja, przez którą prawie nie słychać sekcji rytmicznej. Jako całość uważam, że płyta trzyma dobry poziom, ale bywały też lepsze małżeństwa gotyku z hard rockiem – na przykład płyty The Cult z drugiej połowy lat 80-tych.

the_sisters_of_mercy_-_some_girls_wander_by_mistake_cover
Some Girls Wander By Mistake [kompilacja] (kwiecień 1992)
1. Alice (3:35) 2. Floorshow (3:41) 3. Phantom (7:11) 4. 1969 (2:45), 5. Kiss The Carpet (5:55), 6. Lights (5:51), 7. Valentine (4:44), 8. Fix (3:41), 9. Burn (4:49), 10. Kiss The Carpet (Reprise) (0:36), 11. Temple of Love (Extended Version) 7:42, 12. Heartland (4:47), 13. Gimme Shelter (5:57), 14. The Damage Done (3:03), 15. Watch (3.11), 16. Home of the Hit-Men (0:34), 17. Body Electric (4:18), 18. Adrenochrome (2:57), 19. Anaconda (4:06)

Na dokładkę po ostatnim albumie studyjnym dostaliśmy kompilację, zawierającą najwcześniejsze nagrania grupy. Oprócz opisanych już wcześniej EPek Alice oraz The Reptile House (10 utworów z 19), zawartość tego krążka stanowiły także utwory z (poszerzonego) singla Temple of Love, The Damage Done, Body Electric oraz Anaconda. Wszystkie w niezmienionych wersjach, tak jak zostały nagrane po raz pierwszy, bez dogrywek i późniejszych przeróbek w studiu.

Alice i The Reptile House już opisałem, więc zaczynamy od utworu nr 11. I tu od razu wskakujemy na wysoki pułap, bo Temple of Love z 1983 r., w swojej wydłużonej wersji, to prawdziwy gotycki rarytas. Z początku słyszymy jedynie z lekka orientalizującą partię gitary, do której zaraz dołącza sekcja rytmiczna i robi się bardzo dynamicznie, tanecznie, a dodatkowe zmiany tempa działają tu tylko na korzyść. Dość standardowo brzmiące Heartland zawiera moim zdaniem zbyt wiele powtórzeń (szczególnie dotyczy to tekstu i frazy „My heartland”), ale za to utwór może pochwalić się całkiem ciekawą partią gitary w swojej końcowej części. Interpretacja klasyka Rolling StonesGimme Shelter, może zaskakiwać, ponieważ samą piosenkę bardzo trudno rozpoznać i co prawda mogłaby być ona trochę żywsza, ale i tak brawa za taką aranżację i (znów) świetne utrzymanie klimatu w końcówce.

Ostatnie utwory na kompilacji to zupełne początki zespołu. W The Damage Done możemy usłyszeć Eldritcha grającego na perkusji (i śpiewającego), a samo brzmienie może kojarzyć z wczesnymi demówkami Joy Division.  W Watch i Home of The Hit-Men”obowiązki wokalisty przejął Gary Marx, co dało efekt w postaci bardziej punkowego i prostszego brzmienia. Zresztą podobnie ma się też sprawa z Adrenochrome, chociaż tutaj lider jest wokalistą.  Całość wieńczy mocno podbita basem, gitarowo rozbuchana, Anaconda.

Kompilacja ciekawa i warta sprawdzenia, szczególnie jeśli kogoś interesuje rozwój brzmienia i ewolucja zespołu. Ponadto Alice czy Temple of Love to klasyki i to pomimo tego, że nie znalazły się na regularnych płytach. Oprócz nich najlepiej wypadają utwory z pierwszych dwóch, krótszych wydawnictw, czyli Alice i The Reptile House. Szczególnie ta druga EPka przykuwa uwagę i pod względem jakości są to absolutne wyżyny pośród kompozycji stworzonych przez zespół.