Moja relacja z Arielem Pinkiem przypomina sinusoidę. Nie jest ona może stroma, bo też jego twórczość nie budzi we mnie aż tak skrajnych emocji, ale jednak wydaje (prawie że) na przemian płyty, które wzbudzają moje zaciekawienie i takie, których nie mam ochoty słuchać. Ostatni album wydany jako Ariel Pink’s Haunted Graffiti​ czyli „Mature Themes” z 2012 roku zaliczał się do tych lepszych, z kolei takie „The Doldrums” jest dla mnie praktycznie asłuchalne. Tym razem, na szczęście, znowu trafiłem na tę jego stronę, która przykuwa uwagę na dłużej.

„Dedicated to Bobby Johnson” nie jest jednocześnie żadnym skokiem na głęboką wodę i to nadal jest Ariel, którego dobrze znamy. Tym razem jednak mam wrażenie, że jest to równiejsza i bardziej ujednolicona stylistycznie płyta. Nie ma na niej tylu „zapychaczy”, a każdy utwór wydaje się być bardziej dopracowany. Oczywiście nad całością nadal unosi się aura chałupniczej produkcji, ale przecież już taki urok jego podejścia do muzyki. To rozmycie i śpiew jak spod poduszki w „Time to Live” to coś, co kupujemy i wgryzamy się głębiej w tę melodię i duszny klimat, albo odrzucamy i nie próbujemy już słuchać dalej. No właśnie, melodii jest tu dość sporo w porównaniu z poprzednimi wydawnictwami i może w tym tkwi sekret „ciekawszego” Ariela. Dużo tu też takiej oczywistej zabawy z innymi stylami muzycznymi jak nawiązania do brzmienia lat 80-tych w „Feels Like Heaven” czy „Another Weekend”. I to akurat zawsze mnie bierze.

PS: Warto zaznajomić się z historią Bobby’ego Johnsona, któremu zadedykowana jest ta płyta. Daje do myślenia.