Mieliście tak kiedyś, że obraziliście się na jakiś zespół? Przyznam od razu, że mi się to zdarza. Tak właśnie było z The Horrors. I obrażałem się na nich nie raz, a dwa. Najpierw wydali zupełnie inną, kompletnie niepodobną do debiutu „Primary Colours”. Tutaj moje dąsy trwały jeszcze krótko, bo to był naprawdę dobry album, a złe emocje pochodziły z moich oczekiwań, a nie z czegoś, w czym mogła zawinić sama grupa. Druga uraza tkwi we mnie do dzisiaj. Gdy już się przekonałem do tej wolty stylistycznej, to potem pełen wiary w grupę, musiałem wysłuchać jednego z najgorszych koncertów w swoim życiu. A taki dali na OFFie w 2010 roku. Przedłużali każdy dźwięk, grali bez jakiejkolwiek energii, werwy, jakby mieli wszystko i wszystkich gdzieś. Druga interpretacja jest taka, że członkowie grupy po prostu nie potrafią grać. Nie wiem, co gorsze.

Nie jest tak, że ten koncert wymażę z pamięci, ale bądź co bądź jestem (podobno) od dłuższego czasu dorosłym człowiekiem i nawet jeśli bardzo bym chciał, to obrażać na dłużej się nie wypada. Zresztą trudno chować się w kącie i udawać, że The Horrors nie istnieją, skoro nagrywają tak dobrą płytę, jak tegoroczna „V”. Mamy tu całe spektrum zapożyczeń od największych z lat 80-tych: industrialne gitary skąpane w jaskrawym świetle neonu niczym w najlepszych kawałkach Gary’ego Numana w singlowym „Machine”. Podlane obficie syntezatorowym sosem, w którym aż chce się zanurzyć po same uszy „Ghost” czy „Point of No Reply”. Następnie „Gathering”, brzmiący jak z lekka przerdzewiały odrzut z którejś z sesji nagraniowych a-ha. Mamy i obowiązkowy na płytach z tamtego okresu rozmarzony, „pościelowy” klimat w „Weighed Down”.Jest też i prawdziwa synthpopowa perełka w postaci zamykającego płytę „Something to Remember me By”, zawierająca tych wszystkich świecidełek po trochu, stanowiąca idealne wręcz połączenie nostalgiczno-optymistyczno-melancholijnego klimatu. Jak kiedyś wyreżyseruję jakiś Sundance’owy film, to użyję tego utworu w najważniejszej scenie. Obiecuję.

Wniosek? Obrażajcie się na zespoły, ale słuchajcie ich dalej, bo mogą Was zaskoczyć tak dobrą płytą jak „V”. Aczkolwiek sam na ich koncert już nie pójdę. Nie chcę ryzykować następnych nieprzespanych nocy