Pixx poznałem dzięki zeszłorocznej edycji Soundrive Festival. Skłamałbym jednak, twierdząc, że jakoś specjalnie zapamiętałem jej koncert. Ot – dobry występ dość niedoświadczonej, ale dobrze zapowiadającej się wokalistki. Tanecznie, przyjemnie, ale niezbyt zapamiętywalnie. Podobała mi się jednak pierwsza EPka Pixx, a jeszcze bardziej podoba mi się jej debiutancka płyta.

Album został wydany nakładem 4AD i co prawda mamy XXI wiek, a nie lata 80-te, ale dla mnie ta wytwórnia nadal trzyma wysoki poziom, a jej podopieczni zazwyczaj trafiają w moje gusta. Nie inaczej jest z Pixx. Już sam tytuł płyty zapowiada ciekawą zawartość, bowiem bezpośrednio nawiązuje do wiersza Wystana Audena, traktującego o odnalezieniu własnej tożsamości w coraz bardziej zindustralizowanym i odhumanizowanym świecie. Na tym samym zagadnieniu skupia się zresztą w swoich tekstach sama Pixx. A jak to wygląda od strony muzycznej?

Na pewno Pixx nie da się odmówić oryginalności. Artystka potrafi być bardzo melodyjna jak w refrenie „Waterslides”, ale nie boi się też bardziej połamanych i nieoczywistych rytmów. Bawi się z oczekiwaniami słuchacza („Toes”, zmieniający rytm niczym kameleon kolor, idealnym tego przykładem), a jednak cały czas pozostaje sobą. W jakiś sposób kojarzy się mi się z Cocteau Twins, chociaż nie chowa się za ścianą dźwięków, a i język jakiś taki bardziej nam znany. Przede wszystkim jednak tworzy naprawdę udaną hybrydę muzyki elektronicznej i głosu, który potrafi trafić w najczulsze punkty. Debiut zdecydowanie warty polecenia.