Red Temple Spirits na swojej debiutanckiej płycie brzmią osobliwie i oryginalnie. Co prawda z zawojowaniem sceny (szczególnie lokalnej – grupa pochodzi ze słonecznego Los Angeles) w 1988 roku nie mogło być mowy, bo moda na mroczny post-punk właśnie przemijała, ale z drugiej strony nawet wydając ją wcześniej, mogła przepaść pośród innych pozycji, bowiem nie jest to znowu tak typowa płyta dla tego gatunku. Jednocześnie poszczególne składowe brzmienia grupy wydają się być przy pierwszym odsłuchu dość oczywiste: gitara przypomina tutaj wczesne The Cure, linie basu proste, ale charakterystyczne i wraz z garażowo brzmiącą perkusją wysunięte do przodu, wokal charakterystycznie jak na ten gatunek „płaczliwy”, zawierający jednak w sobie jakiś pierwiastek „szamanizmu”. Najciekawszy jest tu jednak wytworzony za pomocą tych dość prostych środków klimat – po trosze mroczno-psychodeliczny jak w Bauhaus, po trosze przypominający dokonania zespołów z kręgów progresywnego rocka ze względu na samą strukturę utworów, z których każdy wydaje się rozwijać powoli, aż do samego, zazwyczaj żwawszego finału. Czuć tutaj też tę rdzenność, lekkie inspiracje cięższą muzyką lat 60-tych i gdyby ktoś bardzo chciał, to pewnie od biedy można byłoby nazwać to czymś w rodzaju proto-stonera.

Najważniejsze jednak jest sam klimat, który to brzmienie potrafi wytworzyć. Ja, słuchając Dancing to Restore an Enclipsed Moon, przenoszę się gdzieś na daleką, bezkresną pustynię, za horyzontem widać zachodzące słońce, a z nieba leje się rzęsisty deszcz, od którego nie da się nigdzie uciec. I taki mroczny, odrealniony i psychodeliczny posmak ma ta płyta.