Dobra, koniec opierdzielania. Czas zacząć podsumowanie płyt mijającego roku. W moim przypadku nie będą to płyty najlepsze (bo co to w ogóle oznacza?), tylko takie, których najczęściej słuchałem i które zapadły mi w pamięć. Wybrałem sprytnie 26 pozycji, bo rok ma 52 tygodnie i… w tym momencie widzę, że jakakolwiek ideologiczna podbudowa dla tego pomysłu to brnięcie w ślepy zaułek. Możecie wymyślić więc własną, zapraszam.

Wracając jeszcze do płyt – opisy będą krótsze, bo jest tego za dużo. Zresztą zobaczymy jak ta forma się sprawdzi. W dodatku o kilku albumach już zdążyłem napisać, więc szkoda się powtarzać. Aha i kolejność totalnie przypadkowa – żadna odliczanka.

Na pierwszy ogień grupa Wailin Storms i płyta Sick City.

Krótka, 33 minutowa płyta, która przynosi więcej emocji niż suma kilkudziesięciu innych, wydanych w 2017 roku albumów. Bezpośrednia kontynuacja debiutu, utrzymanego w bardzo podobnym tonie. Sick City to mieszanka opętańczego wokalu z garażową produkcją, post-punkowymi eksperymentami w strukturze melodii, gotycką atmosferą i noise’owym wykopem. Jakby tego było mało, to całość kipi atmosferą południa USA, wymieszanego z klimatem noire. Nie ma co się śmiać, tak brzmią ballady o końcu świata, a Wailin Storms to grupa, która w takim miejscu pełniłaby rolę mesjaszy rocka i zapełniałaby swoimi koncertami najbardziej nieprzyjemne speluny, gdzie muzyka pełni rolę religii, a marny alkohol przynosi wyczekiwane i krótkie chwile zbawienia. A paradoks tej płyty powoduje, że i tak chcielibyśmy się tam znaleźć.

Bandcamp: https://wailinstorms.bandcamp.com