Skład grupy przypomina bohatera klasycznej powieści Mary Shelley. Pozszywany z wydawałoby się nieprzystających do siebie muzycznych elementów potworek, poradził sobie jednak znacznie lepiej, niż jego książkowy pierwowzór. Colin Stetson (saksofon), Greg Fox (perkusja – m.in. Zs i Liturgy), Toby Summerfield (gitara) oraz Shahzad Ismaily (bas i syntezatory) stworzyli płytę, która zadaje kłam twierdzeniom o tym, że supergrupy to tylko zbiór pojedynczych indywidualności. Na złość takiemu podejściu udało im się skomponować muzykę bardzo przemyślaną, gdzie każdy muzyk i jego instrument oraz wydobywany z niego dźwięk ma swoje miejsce. Jednocześnie całość nosi znamiona (kontrolowanego) chaosu i nieprzewidywalności. Płynne przejście od post-rockowych temp do sludge’owej ciężkości, dołożenie do tego black metalowych, perkusyjnych blastów i ozdobienie tego wszystkiego frapującymi partiami saksofonu? Tutaj mamy to wszystko i jeszcze więcej. Jest jeszcze ten trudny do opisania klimat zbliżającego się nieszczęścia i aura nadchodzącego kataklizmu, która mocno niepokoi. Jeden z ciekawszych mariaży metalu z jazzem, nie tylko spośród tych z zeszłego roku.