Baden Baden był dla mnie zagadką, bo przyznam, że nie znałem wcześniej ich muzyki, a zakopany w zaległych do odsłuchania wydawnictwach, nie udało mi się też zapoznać przed występem z nową, zatytułowaną Zawsze jest za krótko, płytą 3moonboys. To nic, bo wyznając zasadę, że ważniejsza od studyjnego grania jest energia płynąca od muzyków, w trakcie ich gry na żywo, stwierdziłem, że wpadnę do Desdemony na koncert obu grup. I podjąłem słuszną decyzję. Choć godzinna obsuwa wywołała chwilowo obawę, że będzie to porażka na miarę występów Guns n’ Roses w Rybniku w 2006 roku. Na szczęście powtórki nie było 😉

Nie wiem, jak Baden Baden brzmi w warunkach studyjnych, ale w Desdemonie udało im się ożenić psychodelę z krautrockiem, a świadkiem na ich ślubie były orient i jazzowy feeling. Kompozycje rozwijające się raczej powoli, płynnie przechodzące od momentów szybszych, do wolniejszych, okraszone motoryczną elektroniką wydobywającą się z zasłużonego dla takiego brzmienia syntezatora Mooga i świetnym wyczuciem gry na perkusji (szczególnie w pierwszej fazie koncertu) to coś, co mogło wywołać w umyśle skojarzenia ze sceną krautrockową. Mogło, ale do tego wszystkiego dochodził jeszcze naprawdę oryginalnie brzmiący i świetnie wpleciony w bardziej psychodeliczny, gitarowy odjazd sitar. Ten orientalny element nadawał muzyce nie tylko egzotyki i oryginalności, co przede wszystkim oddechu. Przy takim, dość improwizowanym graniu, brzmienie sitaru było czymś, czego szukało się pod kolejnymi warstwami i na czym skupiało się swoją uwagę. Brawa przede wszystkim za to, że tak zgrabnie udało połączyć się dwie, teoretycznie nieprzystające stylistyki – zachodu i wschodu.

3moonboys to grupa, którą poznałem dość dawno temu. Dość często słuchałem takich płyt jak Only Music Can Save Us oraz 16. Uważam też, że zespołowi zrobiono dość dużą krzywdę, wrzucając ich do szufladki z napisem post-rock i to w momencie, kiedy ten gatunek dogorywał i nie wywoływał już w słuchaczach zbyt wielkich emocji. Łatka to nie dość, że niesprawiedliwa, to zamykająca w tamtym momencie drzwi do większej rozpoznawalności. I to o tyle ciekawe, że elementu post-rockowego w muzyce 3moonboys zawsze było niewiele. Może nawet tylko to, że dawała ona sporo oddechu, a kompozycje nie miały prostej struktury. Dziś, przy okazji opisywanego koncertu mogę stwierdzić, że te dwie cechy pozostały w ich muzyce – zmieniło się za to wszystko inne.

3moonboys zniknęli w ostatnich latach z mojego radaru, ale czuję, że nowa płyta, to może być dla nich nowe otwarcie. Zmieniło się instrumentarium i środki wyrazu. Głównym motorem napędowym dla poszczególnych kompozycji, w trakcie ich występu na żywo, były powtarzalne, elektroniczne i mocno plemienne beaty. W pewnym momencie do głowy przyszło mi nawet takie określenie, jak „etniczna muzyka miasta”. Brzmiało to właśnie trochę jak, jakby płynąca z tradycji, rdzennie rytmiczna muzyka rozbrzmiewała gdzieś nocą, na ciemnej ulicy, rozświetlanej jedynie kolorowym, ale i z lekka zamglonym światłem neonu. I nie zrozumcie mnie źle, nie jest to muzyka etniczna brzmieniowo, ale ten podskórny rytm zawarty był w każdej z zaprezentowanych na żywo kompozycji. Nakręcała to dodatkowo świetnie brzmiąca perkusja, zmienne tempo i sporo warstw bliżej nieokreślonych, elektronicznych dźwięków. Gitara stanowiła jedynie dodatek – nie prowadziła, ubarwiała jedynie całość wydawanymi przez siebie, pojedynczymi nutami. Czysty trans i muzyka, w której można się zatracić. I choć nie wiem, czy udało się to muzykom przenieść do studia (choć nadrobię ostatnią płytę bardzo szybko), to wszystkim zainteresowanym rytmicznym odlotom oraz amatorom niepoukładanego i płynącego z serca tańca polecam zobaczyć, jak 3moonboys brzmią teraz na żywo.