Znów nie mam żadnego punktu odniesienia. To dość dziwne, zważywszy na to, że nazwa grupy przemknęła mi tu i ówdzie (i nie chodzi mi o lekcję historii) w przeszłości. Jestem też prawie pewien, że kiedyś, gdzieś, prawie trafiłem na ich koncert. Ale to było dawno, bo debiut wydali w 2012 roku i podobno znacznie się od Malimy różni. Teraz, po 5 latach, wrócili odmienieni, bo w trzyosobowym składzie (za perkusją zasiadł znany z Kiev Office Krzysiek Wroński) i w taki sposób ich poznaję.

Tutaj nastąpi kolejne powtórzenie i choć sądzę, że może przemawiać za mną coś w rodzaju lokalnego patriotyzmu, to i tak to napiszę. Malimy brzmi jak Trójmiasto. Forma większości kompozycji jest otwarta, same utwory są długie, a tempu zdecydowanie bliżej do maratonu, niż do sprintu. Przy tym wszystkim pojawiają się momenty z lekka transowe, i choć przy pierwszym przesłuchaniu można stwierdzić, że tak naprawdę to wszystko nie ma celu, to mi w tej muzyce brak mety nie przeszkadza.

Jeśli ja się powtarzam, to może właśnie pod wpływem muzyki z Malimy, bo i ona, zdaje się, płynie w taki monotonny i repetytywny sposób. To smutna płyta; zarówno w wymowie tekstów, jak i wygrywanych przez trio dźwięków. Smutek ten ma mocny posmak melancholii i tęsknoty. Za innym światem, innymi czasami, może po prostu za tym, co było, a nie ma. Da się to też odczuć w inspiracjach grupy, gdzie sporo jest elementów nasuwających skojarzenia z bardziej post-rockowym obliczem Ewy Braun, Mord czy nawet Something Like Elvis. Mniej tu jednak zmian rytmu, agresji brak, a zamiast niej pojawia się dystans, apatia i rozpamiętywanie. Zrywów jest niewiele i nie trwają zbyt długo.

Malimy na pewno trafi do tych, którzy tak jak i zespół tęsknią do tego „klasycznego”, alternatywnego brzmienia. Nie ma tu żadnych nowoczesnych zabiegów; zespół nagrał całość na „setkę”, unikając dodatkowych ozdobników. Udało mu się jednak w zgrabny sposób połączyć post-rockową przestrzeń z noise rockową motoryką, dorzucając do tego trochę indie rocka i spinając klamrą za pomocą psychodelicznych i intrygujących tekstów. Nie jest to album idealny, ale jeśli miałby stanowić jakiś pomost, to jest to przejście wykonane z dobrych materiałów. Następna płyta może być z jeszcze wyższej półki. Oby tylko nie kazali czekać na nią kolejnych 5 lat.

A z całością możecie zapoznać się na Bandcampie.