Istnieją takie płyty, od których po prostu ciężko się uwolnić. A zarazem kompletnie nie wiadomo dlaczego te dźwięki ciągle za tobą chodzą. Im dłużej ich słuchasz, tym bardziej próbujesz dociec, co w ogóle cię do nich przyciągnęło. Rozbijasz całość jak łupinę z orzecha, zaglądasz do środka i znajdujesz dokładnie to, czego się spodziewałeś. Nic specjalnie oryginalnego, na pewno nie skomplikowanego, za to po prostu smacznego, zdrowego i dobrego dla samopoczucia. Tak właśnie mam z Where We Were Together południowokoreańskiej grupy Say Sue Me. I cieszy mnie ta znajdźka.

Na omawianym albumie Say Sue Me nie robi nic ponad to, że gra indie pop ze świetnymi, lekkimi melodiami. Pewnie, dorzucają do tego trochę shoegaze’u, jest nawet kilka noise popowych momentów, ale to nadal po prostu, albo aż, bardzo dobre piosenki. Takie płyty opisać jest trudno, bo nie można wyżyć się językowo, dorobić niesamowitej historii odnośnie aranżacji albo uwypuklić coś, do czego trzeba było dokopywać się przez wiele przesłuchań.

Ta słoneczna muzyka z delikatnym, damskim wokalem, niewinnymi i prostodusznymi tekstami cały czas jest taka sama. Wiemy, że bas nie wyrządzi nam tu krzywdy, gitara nie zerwie czapki z głowy, a perkusista nie zmieni nagle rytmu i nie popisze się wartą opisania solówką. Tylko co z tego, jeśli całość jest taka przyjemna?

Jest tu też sporo melancholii. Uciekającego ciepła, którego nie żegnamy jednak na długo, bo wiemy, że zaraz przyjdzie nowy dzień i zabawa zacznie się na nowo. A tej też jest tu dużo. Tę radość z tworzenia, odgrywania kompozycji czuć tu na każdym kroku. I to się udziela. Beztroska to płyta, beztroski będzie ten, kto jej posłucha.