Facebookowe ściany zapełniły się wspomnieniami o Robercie Brylewskim. Zawsze pisze się dużo o zmarłych, szczególnie gdy odchodzą od nas w tak tragicznych okolicznościach. Dużo, nie znaczy wcale za dużo. O Brylewskim i jego twórczości można pisać całe referaty, eseje a w przyszłości pewnie, oby, (kolejne) książki. Nie bójmy się wspominać, pisać i dorzucać swoich trzech groszy do tego wszystkiego. Nie ma w tym banału, nie da się przekroczyć linii z napisem „zbyt wiele”. Tyle pięknej muzyki, mocnych i prawdziwych słów, tak wiele znaczących projektów.

Każdy ma „swojego” Brylewskiego. Mój Brylewski to wcale nie Kryzys, nie jest nią też Brygada, Armia, Izrael czy Max i Kelner. Część z tych projektów lubię, nawet bardzo, ale mój Brylewski zaczął się przy Falarek Band. Później rozwinęło się to przy The Users. A złapało, zauroczyło i nie wypuściło przy 52UM.

Z tym projektem było inaczej. Poznawałem go tu i teraz, czekałem na kolejne albumy, wyczekiwałem singli i oglądałem teledyski. Muzyka i teksty trafiały (i trafiają nadal) w to czułe miejsce pod sercem, które powoduje reakcję zwaną emocją. Dużo emocji. W ostatnich dni jeszcze więcej, bo głowa doszukuje się podwójnych znaczeń do odkrycia w tekstach, czegoś „więcej”. Intensywniej reaguje na muzykę. Tak zapełnia się pustkę. Pustkę, którą zostawił Robert.

A gdzie jest Wasz skarb? Który Robert był tym Waszym? Zatrzymajcie się trochę, zwolnijcie, wspomnijcie i posłuchajcie. I nie zapominajcie.