Instrumentalny, argentyńsko-peruwiański duet jest autorem jednej z ciekawszych, opartych głównie na rytmie płyt z tego roku. Podstawę stanowią tu pocięte, przesterowane riffy. Ta podstawa nie niesie za sobą żadnej melodii. Nic a nic. Panuje tu pozorny (lub faktyczny) chaos, wzmacniany dodatkowo stale zmieniającą się perkusją. Perkusistka pędzi na złamanie karku, by zaraz w jakiś pokręcony sposób próbować swoich sił w jazzowej precyzji. Jazz wychodzi mu z tego nieudolny, ale eksperymentu trudno nie docenić.

Utwory są krótkie, zwarte i przypominają miejscami próbę w jakimś niespecjalnie dobrze nagłośnionym garażu. To jednak twórcom nie przeszkadza, a niekiedy nawet pomaga. Brzmienie jest dostatecznie brudne, ale co chyba stanowi największą ciekawostkę: udało się do niego przemycić trochę latynoskiego ducha. Próżno jednak zatańczyć do tego sambę czy inną rumbę. Jeśli w ogóle ktokolwiek miałby do tego podrygiwać, to prędzej widzę w tej roli kukiełki w rękach niezbyt sprawnego amatora/animatora kultury, który stanowi chodzącą definicję tego, czym jest słoń w składzie porcelany.

Chyba najbardziej w tej płycie podoba mi się to, że co prawda miesza znane nam gatunki takie jak no wave, math rock czy stary, dobry noise rock, ale potrafi też dodać coś od siebie. Brzmienie nie jest wypolerowane, a jednocześnie aranżacje kipią od pomysłów. Ta surowość ma w sobie urok, a króciutkie utwory, gdy złączyć je razem tworzą jedną, wciągającą improwizację.

A jak chcecie wesprzeć kupując, to jest i Bandcamp.