Po raz pierwszy opisuję tu płytę, której najprawdopodobniej nigdy nie usłyszycie. Koszmary to właściwie promo; album, którego Ropień nie ma w planach wydawać, a który, moim zdaniem, stanowi dość ważny krok w rozwoju grupy.

Koszmary wypełnia muzyka duszna i nieprzyjemna. Zdecydowanie więcej tu metalu (ta stopa w Nigdy!), ale nadal rozumianego w sposób zimnofalowy. Znowu pojawiają się melodie, choć jest ich tu jakby mniej (konkretny, punkowy List zaczyna się wręcz pop rockowo; instrumentalny Miasto pod oceanem może pochwalić się świetną partią gitary). Więcej tu mroku niż na debiucie, tak jak gdyby zespół chciał pozbyć się z siebie wszystkich złych, nieładnych i nieprzyjemnych dźwięków.

Ciekawostką są dwa ostatnie kawałki. Te dni (Krzyż) to cover bydgoskiego Variéte. Ropień mógł pójść na skróty i odegrać go na swój pokręcony, ale jednocześnie bliski stylistyce oryginału sposób. Ta wersja jest jednak zdecydowanie bardziej mroczna i ciężka, szczególnie w końcówce, w której kakofonię pierwowzoru zastępuje rytmiczna, napędzana metalowym paliwem maszyna. Płytę zamyka najdłuższa na niej kompozycja – Czarna koza w interpretacji Echoes of Yul. O ile z wcześniejszych koszmarów mogliśmy się zbudzić, tak w tym przypadku ciemna otchłań jest zbyt głęboka, a nadziei na jej opuszczenie nie ma.

Czekam na kolejną płytę Ropnia, a gdy czytacie te słowa, to ta jest już prawdopodobnie dostępna. Z zapowiadających ją singli wynika, że tym razem zespół porzuca metalową stylistykę i znów zgłębia swoje zimnofalowe inspiracje. Czy tak będzie – zobaczymy. Ja i tak nie mogę się doczekać, bo to taki zespół, który przekonuje mnie w każdym z możliwych wcieleń.

A tutaj Bandcamp, na którym nie posłuchacie tej płyty 😉