Lastryko z debiutu, a to z Tętna Pulsu to dwa różne zespoły. Na pierwszej płycie żonglowali stylami. Czerpali po równo z rocka psychodelicznego i alternatywnego, do tego dochodziły elementy surf rocka i krautowy trans. Drugi album to efekt dwudniowych improwizacji, podczas których do składu dołączył odpowiadający za elektroniczne dźwięki Maciej Szkudlarek (Band_A, Logophonic). Nie znajdziemy tu muzyki zamkniętej w ramach kompozycji, uleciało też surf rockowe, morskie powietrze. Nie ma też wokalu. Jest za to zabawa rytmem, zgłębianie pojedynczych dźwięków i jeszcze więcej przestrzeni.

To naprawdę brzmi tak, jak gdyby grupa zamknęła się w studiu, nastroiła instrumenty, wcisnęła przycisk nagrywania i po prostu oddała się własnym fantazjom. Zabieg niebezpieczny, bo kreatywność potrafi zawieść nawet najbardziej odkrywczych muzyków, ale tak na całe szczęście nie stało się w tym przypadku.

Płyta została podzielona na sześć części, a konkretnie sześć utworów. Każdy z nich to wycinek z pełnej ekspedycji w głąb krainy podświadomości. Jeśli mielibyśmy reklamować tę wycieczkę w folderze biura podróży, to na pewno nie byłby to nasz flagowy produkt. Te nie są tak subtelne i wyciszone, a przy tym przepełnione taką ilością melancholii. Zespół hipnotyzuje i sprawia, że można zanurzyć się w swojej własnej wyobraźni. Sekcja bawi się rytmem, elektronika rozmawia z gitarą, ale w żadnym momencie zespół nie atakuje dźwiękiem. Stawia na tytułowy puls, który czujemy podskórnie, który jest z nami zawsze, ale który do pełnego rozpoznania wymaga większego skupieniu lub braku bodźców zewnętrznych. Warto podjąć trud.

Lastryko improwizując, zanurzyło się w głębiny psychodelii. Ryzyko się opłaciło. Odnaleźli tam muzyczne bogactwo, którym zdecydowali się podzielić z nami, słuchaczami. Jeśli tylko nie boicie się podróży do własnego wnętrza i tego, co możecie tam znaleźć, to spróbujcie sami zmierzyć Tętno pulsu.

Płyta dostępna m.in. na Bandcampie.