Jeśli nie wiecie, czym jest Pure Phase Ensemble, to już tłumaczę. Zespół ten stanowi grupa zaproszonych muzyków, która w ramach warsztatów przedfestiwalowych spotyka się, komponuje, a potem prezentuje stworzony przez siebie materiał na scenie w ramach danej edycji SpaceFestu. Skład koordynuje Karol Schwarz, czyli założyciel trójmiejskiej wytwórni Nasiono Records. Inicjatywa wystartowała wraz z samą imprezą w 2011 roku, a do składu często dołączali goście z zagranicy: m.in. Hugo Race, Laetitia Sadier czy Mark Gardener, którzy pełnili w nim rolę kuratorów. Podczas ostatniej edycji takim gościem był Will Carruthers – basista takich zespołów jak Spiritualized czy Spacemen 3 oraz (przez chwilę) The Brian Jonestown Massacre.

Tyle słowem wyjaśnienia, ale to nie koniec kontekstu. Podczas wcześniejszej edycji gościem specjalnym był Maciej Cieślak (Ścianka, Lenny Valentino). Nie będę się pastwić nad jego pomysłami, ale wspomnę tylko, że dopiero po jakichś 30 minutach dotarło do mnie, że koncert już się zaczął. Po czym skończył się chwilę potem. To i tak nieźle, bo niektórzy w ogóle nie domyślili się, że coś dzieje się na scenie. Tamto wcielenie PPE chciało podobno oddać dźwięki rozpadających się lodowców. Może i coś w tym było, tylko że sięgnął przy tym do pradawnej historii, bo przy obecnym poziomie i tempie roztopów na pewno ostatnim co im towarzyszy, to kompletna cisza.

Powyższy kontekst jest o tyle ważny, że kolejny występ PPE budził we mnie z tego powodu ogromne obawy. I te nie opuszczały mnie przez cały początek koncertu, bo pierwsze kilkanaście minut wtedy i teraz, na tym wydawnictwie, to właściwie intro do tego, co dziać się będzie później. I Hate Music to space ambientowy, 11-to minutowy wstęp, w którym taką samą rolę odgrywa cisza, co monotonny dźwięk syntezatora i didgeridoo, okazjonalnych bębnów i perkusjonalii oraz dobiegającej gdzieś spoza naszego wymiaru gitary. Podobnie jest w kolejnym utworze, czyli I Love You , gdzie na pierwszy plan wysuwa się kolejny, egzotyczny instrument – cytra. Pamiętam, że wtedy, tam pod sceną, był strach. Strach, że będą tak, za przeproszeniem ładnie, bo ładnie, ale jednak plumkać, przez cały koncert. Teraz wiedząc to, co wiem i słuchając tego z płyty, odczytuje to po prostu jak zgrabnie skomponowaną ciszę przed burzą. Bo następnie wchodzi ona – Hania Went, którą możecie znać z zespołu Free Games For May. Zaczyna się prawdziwa zabawa.

It’s Easier That Way zaczyna się mocnym, synthowym akcentem, któremu towarzyszy właśnie głos Hani. Do nich dołącza z początku wokal Schwarza oraz nieśmiała gitara. Dźwięk narasta, aż niemal wybucha, a konkretnie pomaga mu w tym przesterowana gitarą oraz pędząca przed siebie perkusja. Pomiędzy jednym a drugim kosmicznym odlotem mamy ciekawe harmonie wokalne Hani i Wojtka Grabarza, co czyni z tego utworu jedną z najlepszych kompozycji ze wszystkich składów PPE.

Od tego momentu zespół całkowicie luzuje. Przy akompaniamencie perkusji, drumli oraz gitary Will zaczyna… rapować. A przynajmniej próbuje. Na scenę wkracza też niespodziewany gość – Piotr Kolendo, którego Will poznał tego samego dnia na ulicy i zaprosił na koncert. Mamy rapowaną improwizację (okraszoną chórkami Hani, a później wtrąceniami Willa) i dubowy klimat. Strangers In My Dream to kolejny popis Hani, która wciąga nas w świat kosmicznego, mieniącego się wszystkimi kolorami synthu snu. Towarzyszymy jej w tej podróży aż po sam jej kres, odwiedzając po drodze gitarowe zakątki kosmosu, egzotyczne planety cytry i perkusyjne konstelacje. Wydawnictwo i koncert kończy 9-cio minutowa, oparta na dźwiękach bębnów i didgeridoo, szamańska mruczanka Womwomwomwowom Though, w której pierwszą rolę przejmuje snujący swą opowiastkę Will.

PPE w swoim ósmym wcieleniu jest niezwykle eklektyczne, ale też pełne indywidualności. Co dla mnie ważne, po doświadczeniu z edycji poprzedniej, nikt nie zostaje tu zdominowany; każdy ma swoje pięć minut i pozwala wybrzmieć komuś innemu. Całość ma mocny posmak egzotyki i to głównie za sprawą takich instrumentów jak bębny, didgeridoo czy cytra. Nie ginie też w tym wszystkim psychodela, która objawia się głównie w syntezatorowych tłach oraz mocno przesterowanej, shoegaze’owej gitarze.

Brzmienie samej płyty naprawdę dobrze oddaje to, co działo się na scenie i tu ukłon w stronę realizatorów. Czuć koncertową energię. Pozostał też ten sam, czasami przecież trudny do uchwycenia klimat. I nawet jeśli nie jest to najlepsza płyta tego projektu, to jest w czołówce wydawnictw zróżnicowanych, świetnie oddających ducha tych, którzy brali w nim udział. A o to przecież w tym chodzi.

A tutaj Bandcamp.