Pisanie o płycie z pozycji fana danego zespołu łatwe nie jest. Debiutanckie Warsaw Wasted Youth było u mnie w absolutnej topce 2017 roku i gdybym tylko słuchał tego na kasecie czy na CD, to pewnie taśma byłaby zdarta, a laser przestałby czytać pliki. Słuchałem w domu, w drodze do pracy, na rowerze i po przebudzeniu. Dawało mi to niesamowitego kopa i choć moje uzależnienie od kofeiny jest niezaprzeczalne, to czasami zamiast wypić kawę zastanawiałem się, czy nie puścić sobie tej płyty.

Z tego powodu czekałem na China Shipping jak dzieciak na gwiazdkę i wreszcie się doczekałem. I co? I siłowałem się z tą płytą. Znowu odsłuchiwałem: z prawej do lewa, od góry w dół, wzdłuż i wszerz. Przechodnie znów dziwnie patrzyli, seniorki odsuwały się ode mnie w tramwaju, a ja testowałem odporność kierownika na dźwięki, puszczając muzę na cały regulator w pracy. Tak, mam tam dość słabe głośniki, więc koniec końców nie było aż tak głośno. W każdym razie w pewnym momencie ogłosiłem własną porażkę. Musiałem przyznać, że China Shipping to bardzo dobra płyta. Tylko że inna niż debiut.

Muzyczne podstawy są tutaj te same, bo Bastard Disco nadal brzmi jak post-hardcore’owy zespół lat 90-tych, który w tamtym okresie grałby pewnie na jednej scenie z takimi nazwami jak Quicksand, Unsane czy Handsome. Bardzo często słuchacze, w tym oczywiście ja, szukają takich inspiracji, ale tutaj to żadna ściema ani reklamowy slogan. Oni po prostu tak brzmią. Da się też w tym materiale wyłuskać naleciałości alternatywnego rocka, od których zespół się zresztą nie odżegnuje (za to, że słuchają Smashing Pumpkins, lubię ich jeszcze bardziej). Jest też szczypta emo, noise rocka i starego indie. Wszystkiego po trochu, a efektem tego są naprawdę świetne, bo i przebojowe i pełne energii, ale także smutku kompozycje.

Właśnie, bo podstawową różnicą między tym, a poprzednim wydawnictwem jest tempo oraz nastrój całości. Melancholii nie brakowało też na Warsaw Wasted Youth, ale gdzieś zza horyzontu zdawało się wychodzić słońce. Energia rozpierała grupę i gdyby poddać ją personifikacji, to byłby to gość, który z hukiem (i razem z drzwiami) wpada nam na chatę i krzyczy do ucha, opowiadając przy tym, jak to wokół jest beznadziejnie, ale na końcu podajemy mu grabę i idziemy zmieniać świat. Na China Shipping ta sama osoba nadal wali nam z główki na powitanie, nadal przekonuje, próbuje zmienić, ale gdzieś w połowie swojego wywodu sama stwierdza, że jest nas za mało, że to wszystko za późno i powoli traci siły na walkę.

Tylko co z tego, że siły mniej, skoro zespół i tak ma jej zdecydowanie więcej niż ktokolwiek z czytających ten tekst. W dodatku czasami większe otrzeźwienie przynosi fakt, że nasz wiecznie walczący kolega lub koleżanka zaczyna tracić zapał i zamiast tego łapie go przygnębienie. Bo jak źle musi być, skoro zaczyna dotykać to tych najtwardszych? Odpowiedzcie sobie sami, a tymczasem posłuchajcie sobie Bastard Disco. Jeszcze się nie poddali, a przy okazji nagrali świetną płytę.

Zapraszam też na Bandcamp.