Pleń – Pleń (2021)

Płyty zawierające elementy muzyki improwizowanej i transowej chyba nigdy mi się nie znudzą. Mówię oczywiście o albumach, gdzie taki otwarty sposób komponowania i zabawy dźwiękiem nie jest sposobem na zakrycie zwyczajnego braku pomysłów. Miętoszenie tych samych motywów ma sens tylko wtedy, gdy te są dobre. Niby oczywiste, ale nad wyraz często zdarza się, że deficyt kreatywności tłumaczony jest właśnie takim myśleniem o muzyce. Jak się pewnie domyśleliście, Pleń do zespołów stosujących tego rodzaju zasłonę dymną jako taktykę do promocji własnej twórczości nie należy.

Ten łódzki skład tworzą: grający na perkusji, kalimbie i pile (!) Michał Klama (m.in. Dream Experience i Ćma), Michał Wereszczyński na basie (m.in. Welur) oraz Andrzej Kacprzak na gitarze (m.in. Teoria Konfliktu). Przykład zespołu Jimiego Hendrixa pokazał, że trio w przypadku muzyki rockowej to układ niemalże idealny i trzeba przyznać, że panowie wyciągają z tej sytuacji naprawdę dużo. Przede wszystkim działa tu efekt świetnego zgrania. Jest też sporo przestrzeni, w której każdy z instrumentów ma swoje miejsce i wpływ na brzmienie poszczególnych kompozycji. Te z kolei dalekie są od klasycznej, rockowej formy, tak więc to jedyne podobieństwo do przywołanego przeze mnie króla gitarowego przesteru.

Grupa unika, jak tylko się da, łatwych wyborów w kwestii aranżacji. Złapałem się na tym, że właściwie nie widzę przejść pomiędzy poszczególnymi utworami, a całość debiutu brzmi jak jedna, bardzo długa, niezwykle zróżnicowana kompozycja. Mnóstwo tu też płynnych przejść pomiędzy stylistykami. To samo tyczy się zresztą klimatu, który zmienia się jak w kalejdoskopie, a ton nadają mu skojarzenia, jakie trio potrafi wywołać poprzez zastosowanie konkretnych rozwiązań aranżacyjnych.

I tak, by nie być gołosłownym, w rozpoczynającym płytę Rozkładzie, ambient miesza się z post-rockiem i w jakiś magiczny sposób te jedenaście minut z hakiem wydaje się trwać trzy razy krócej. Pleń przypomina mi nieco w tej kompozycji Lastryko, ale to wrażenie rozwiewa Shibuya, w której bas wyczynia prawdziwe cuda, a finał to piękna noise rockowa naparzanka. Podobnie zresztą ma się sprawa z oplatającym nas powoli i niepostrzeżenie z pomocą narastającego hałasu Bluszczem. Ostatni dzień z czyjegoś życia ładnie romansuje z jazzową motoryką, a ostatni w zestawie utwór, Chłopiec z niebieskim samochodem, to ładny ukłon w stronę królów polskiej współczesnej psychodelii. Chodzi o Lonker See oczywiście.

Na koniec kolejny banał, ale jakże ważny w przypadku tak niejednoznacznej muzyki jak ta, która znajduje się na Pleniu. Z każdym odsłuchem da się odnaleźć w niej coś nowego, co wcześniej zdołało nam umknąć. Jakiś pojedynczy dźwięk, zgrabne przejście lub niewyłapane wcześniej, nietypowe nawiązanie. Niby norma, ale Pleń hipnotyzuje na tyle mocno, że ten efekt jest tu jeszcze wyraźniejszy. Taki debiut jak w przypadku Plenia faktycznie zdarza się nadzwyczaj rzadko.