Welur jest podobno przyjemny w dotyku. Nie wiem, nie noszę ciuchów z jedwabiu. Znam się jednak co nieco na noise rocku i gatunkach pochodnych i mogę z dużą dozą pewności stwierdzić, że Welur nagrał naprawdę dobry debiut.

cały ten senny stuff ma wszystkie cechy gatunku, za które tak go lubimy. Gitary toczą bój z wokalem, sekcja hałasuje na swój własny sposób, melodie są, ale schowane głęboko pod całym tym harmidrem, wszystko dosłownie dudni i huczy, a produkcja znajduje się na poziomie tylko trochę lepszym niż piwniczny. Nie zapomnijmy też o emocjach, bo tych w głosie (jak i w grze) Wiary Wojtaszczyk jest bardzo dużo. Słychać tu echa Sonic Youth, a także sporo inspiracji sceną noise rockową i grunge’ową lat 90-tych. Wychwycić można zresztą więcej, chociażby początek crumbling things, który można pomylić z którymś z odrzutów My Bloody Valentine z sesji do Loveless. Jest też obowiązkowa melancholia i coś, co mógłbym nazwać zblazowaną agresją. W dodatku im dalej tym więcej piłowania dźwięku, czego dowodem jest już czysto noise’owa końcówka w postaci drugiej części crucial social i prawie całego kpax2.

Hałasować każdy może, ale nie każdy potrafi. Welur robi to po swojemu i robi to dobrze. Mieszając różne inspiracje, brzmi jak pełnoprawny zespół z pomysłem na siebie. Czy i jak go rozwinie, to już pytanie na inną okazję.

Cały album dostępny m.in. na Bandcampie.