Zima na zdjęciach i obrazkach wygląda bardzo przyjemnie. W dodatku kojarzy się ze świętami, choinką i prezentami. I z długo wyczekiwanym wolnym. Taki obraz zimy mamy przed oczyma latem bądź wiosną. Rzadko wtedy pamiętamy, że to zwykłe kłamstwo. Zima to monotonia, brak słońca, zimno, roztopy i jeszcze raz monotonia. Święta mijają szybciej, niż zdążymy się obejrzeć, a potem tkwimy w tym stanie przynajmniej do kwietnia. Zimą jest w tym przypadku Disappears.

Disappears to zespół z Chicago, a Irreal to ich ostatnie wydawnictwo. Przez chwilę za perkusją mieli Steve’a Shelleya (m.in. Sonic Youth), ale akurat nie na opisywanej płycie. Choć echa jego macierzystego zespołu są tu dość mocno odczuwalne.

Na Irreal dźwięki mają formę powtarzalną. Nie ma tu żadnych melodii, a beznamiętny głos Briana Case’a tylko pogłębia poczucie osamotnienia i zagłębiania się w coraz ciemniejszą stronę własnej osobowości. Światła za bardzo nie widać, a otaczające nas zewsząd niemal industrialne pogłosy i sprzężenia nie dają chwili na złapanie oddechu. Jest w tym wszystkim jakiś pierwotny rytm, jako że perkusja odgrywa tu sporą rolę. Jest głośna, bezlitosna i zimna. Kierunek wyznaczają tu brzęczące hi-haty, a reszta zdaje się ślepo podążać za nimi.

Disappears czerpie też dużo ze Swans (z ich ostatniego okresu). Wałkuje te same motywy, dźwięk i bawi się ich natężeniem. Nie dąży jednak do oczyszczenia, nie zbawia nas jednym, prostym uniesieniem. Ich muzyka po prostu trwa.

Irreal nie jest płytą łatwą, a na odbiorcę nie czeka tu żadna nagroda. To muzyka szorstka i nieprzyjemna, czasami nawet odpychająca i mocno pesymistyczna.

Z każdym odsłuchem pochłania jednak coraz bardziej.