Zespół Mnoda zobaczyłem na ich wspólnym koncercie z Czechoslovakią i Gars w gdyńskiej Desdemonie w maju tego roku. Nie będę owijać w bawełnę i twierdzić, że od razu trafili do mojego serca. Hałasowali, ale hałasowały wtedy jeszcze dwie inne grupy i akurat na nich skupiłem się tego wieczora. Mnoda kombinowała, a ja nie miałem w tym momencie ochoty na kombinowane dźwięki. Nie dawali mi jednak spokoju, więc postanowiłem posłuchać ich ostatniej płyty Za późno. Poczułem się zaintrygowany po raz drugi. Po kilkukrotnym przesłuchaniu myślę, że zrozumiałem o co im chodzi. Grają swoje, nie oglądają się na innych i nie lubią, gdy jest za łatwo, za szybko i zbyt przewidywalnie. Taka właśnie jest ta poznańska Mnoda. A potwierdza to poniższy wywiad z Łukaszem Cholewickim i Mateuszem Sejkowskim – kolejno gitarzystą i wokalistą oraz perkusistą grupy.

P: Jaką rolę odgrywa w Waszym życiu muzyka? Jakie jest Wasze pierwsze, związane z nią wspomnienie?

Łukasz Cholewicki: Ogromne! Nie wyobrażam sobie życia bez niej. Pierwsze wspomnienie z nią, to pewnie nic wyszukanego – jakieś piosenki Papa Dance czy Europe, ale pierwszą kapelą, która dała mi kopa do działania był Dezerter.

Mateusz Siejkowski: Najodleglejsze muzyczne wspomnienie to dla mnie wizyta u pradziadków. Miałem jakieś cztery lata. Niewiele jestem w stanie o tym opowiedzieć, pamiętam tylko chrupki z miski i akordeon. Pradziadek pompował powietrze, a ja dusiłem na klawisze zajadając się chrupkami. Na pewno musiało to być dla mnie wielkie przeżycie, skoro tak bardzo wryło się w moją pamięć.

Muzyka jest jedną z najważniejszych rzeczy w moim życiu, o ile nie najważniejszą. Bez muzyki nie byłoby mnie, a na pewno nie byłbym tym, kim jestem.

P: Co było impulsem do tego, by ze słuchaczy zamienić się w twórców?

Łukasz: W moim przypadku była to kultura punk, która nakazywała, aby nie być tylko konsumentem (brzydkie słowo), a tworzyć samemu. Robiło się ziny, wycinało kolaże, pisało teksty, grało – każdy może być artystą!

Mateusz: W moim wypadku to chyba zadziałało w drugą stronę. W wieku siedmiu lat rozpocząłem edukację muzyczną. Grałem na pianinie, śpiewałem i pomalutku zgłębiałem teoretyczne zasady muzyki. Wydaje mi się, że siedem lat to za wcześnie na to, żeby na poważnie interesować się muzyką czy też mieć pierwszy poważny, ulubiony zespół. Słuchałem wtedy głównie tego, co moi rodzice zebrali na płytach winylowych i kasetach magnetofonowych, a z czasem na płytach CD. Jednak pierwszy zespół, w którym się zakochałem to Queen.

Nie do końca pamiętam, jak to się zaczęło, ale na pewno byłem jeszcze w szkole podstawowej. Słuchałem Queen na okrągło i bez przerwy oglądałem film dokumentalny o zespole, nagrany na kasetę VHS. W pewnym momencie nawet przyszedł mi do głowy pomysł, aby sprawdzić, na czym polegał fenomen ich muzyki w następujący sposób: nauczyć się grać ich kilku piosenek na pianinie albo chociażby partii wokali i sprawdzić, jakich interwałów jest w ich muzyce najwięcej (hahaha). Na szczęście stanęło na samym pomyśle, bo praca byłaby przy tym mordercza, a i wyniki pewnie mierne, ponieważ nie miałem najmniejszego pojęcia o fachowej analizie harmonicznej. To był chyba pierwszy impuls do tego, by zostać świadomym odbiorcą, będąc już twórcą albo przynajmniej odtwórcą.

Natomiast jeśli chodzi o pierwsze podrygi jako świadomy twórca własnych pomysłów, to spełniłem się dopiero w szkole średniej. W międzyczasie zdążyłem porzucić szkołę muzyczną i zaprzestałem regularnej gry na pianinie. Zainteresowałem się za to gitarą klasyczną, na której naukę rozpoczynał właśnie mój starszy brat. Nie było to nic poważnego, ale przydało się w przyszłości, grając w zespołach z „szarpidrutami”.

Zabawna jest historia z moim nominalnym instrumentem, na którym tworzę w Mnodzie. W Liceum dołączyłem do szkolnego bandu, grając na jakichś organkach marki Casio, jednak pewnego dnia perkusista nie zjawił się na próbie. Gitarzysta wtedy krzyknął do mnie:
– Wypieprzaj zza klawiszy i wskakuj na beczki!
– Ale przecież nie umiem.
– Umiesz!
– Nie umiem!
– Umiesz! Siadaj i gramy.
Więc usiadłem i zagrałem. Okazało się, że jednak potrafię. 

P: Czego aktualnie słuchacie? Czy ma to wpływ na proces komponowania i jeśli nie, to co innego inspiruje Was przy tworzeniu nowych dźwięków/tekstów?

Łukasz:  To cholernie banalne, ale dla mnie inspiracją jest życie. Nigdy nie chciałem grać muzyki, której słucham – uwielbiam The Clash, Sonic Youth, Chumbawambę, The Ex, Shellaca, ale wzorowanie się na nich? Nie tego nauczył mnie punk! Rób po swojemu!

Mariusz:  Dokładnie w tej chwili słucham składanki pod tytułem Lonely is An Eyesore którą, nawiasem mówiąc, odziedziczyłem z pulą winyli od rodziców. Na co dzień jednak, ostatnimi czasy, słucham sporo muzyki klasycznej. Liszt, Chopin, Satie, Debussy, Rahmaninow. Kiedy gram z Mnodą myślę, jak by to zagrał Vince Posadzki z Aqua Nebula Oscilator albo jak by to miało brzmieć, gdybyśmy byli garage rockowym zespołem z lat sześćdziesiątych w stylu Fly Bi Nites czy The Kinks. Poza tym największą inspiracją w muzyce Mnody są dla mnie koledzy z zespołu. Cały czas, kiedy ktoś znajomy mnie pyta, co my w ogóle gramy, zaczynam się jąkać i nie mogę się wysłowić, bo nie mam pojęcia. Odbijam po prostu piłeczkę, którą uderza do mnie Jaś i Łukasz 🙂

Myślę, że inspiracją dla twórcy może, a nawet powinno być wszystko, a nie tylko dzieła z dziedziny, którą się zajmuje. Ja na przykład grając, często czuję się bardziej malarzem albo poetą niż muzykiem. Może to brzmi dziwnie i nie potrafię tego lepiej wyjaśnić, ale tworzenie i granie jest dla mnie wyrwaniem się w kompletnie inny wymiar. Jakbym miał to lepiej zobrazować, to porównałbym do jaskini Platońskiej, w której ludzie żyją, widząc tylko cienie prawdziwych idei, a ja jako twórca uchylam czasami rąbka tajemnicy istoty rzeczy i wkraczam do prawdziwego świata idei. Myślę, że wielu twórców ma podobne, można powiedzieć mistyczne przeżycia związane ze swoją twórczością. Stachura pewnie określiłby to jako Cała Jaskrawość.

P: Jaki koncert zrobił na Was w ostatnim czasie największe wrażenie?

Łukasz: Ostatnio? 19 wiosen na urodzinach Rozbratu. Pierwszy raz widziałem ich z dziewczyną na wokalu i to było to.

Mateusz: Nie przychodzi mi do głowy żaden koncert, który w ostatnim czasie zrobiłby na mnie niesamowicie wielkie wrażenie. Za to wystawa poświęcona twórczości Mariny Abramović, która do niedawna była wystawiana w Toruńskim Centrum Sztuki Współczesnej, zrobiła na mnie piorunujące wrażenie i dała duży zastrzyk inspiracji.

P: Jeśli moglibyście zmienić cokolwiek na obecnej, polskiej, niezależnej scenie muzycznej, to co by to było?

Łukasz: Może więcej uśmiechu i otwartości?  I więcej spontanu i grania po swojemu, a nie bawienia się w grupy rekonstrukcyjne i niewolnicze odgrywanie tego, co kiedyś zostało wymyślone.

Mateusz: Więcej profesjonalizmu, czego  samemu sobie w pierwszej kolejności życzę.

P: I pytanie ostatnie, kluczowe: hałasy czy melodie?

Łukasz: Kolega pewnie odpowie, że hałas, więc ja stawiam na melodie.

Mateusz: A tu Cię zaskoczę. Dan Warburton powiedział kiedyś: „Hałas stracił, być może, swoją moc rażenia. Cisza nie”.

Linki:

Bandcamp

Youtube

Facebook