Relacja z Sea You Tricity Music Showcase 2026

Tegoroczna edycja festiwalu Sea You miała posmak małego jubileuszu. Już po raz piąty spotkaliśmy się w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim, aby wspólnie celebrować muzykę lokalną — konkretnie trójmiejską. Muzykę wymykającą się jednoznacznym klasyfikacjom, zagraną z pasją i sercem. Taką, jaka na co dzień otacza nas, poszukujących nieoczywistych dźwięków mieszkańców najbardziej wysuniętej na północ polskiej aglomeracji.

W tym roku część wydarzeń, szczególnie warsztatowych i panelowych, ale też otwierających imprezę (jak koncert grupy Klawo reinterpretującej znane przeboje zespołu Kombi), odbywała się w przestrzeni Instytutu Kultury Miejskiej w Gdańsku. Oprócz spotkań skierowanych do muzyków, odbiorców, dziennikarzy i wszystkich tych, którym na sercu leży temat dźwięków tworzonych w Trójmieście, organizatorzy przygotowali także wystawę poświęconą postaci Yacha Paszkiewicza, legendarnego reżysera teledysków oraz kończące dwa dni właściwej imprezy (piątek oraz soboty) after party dla najwytrwalszych. Oczywiście w centrum wydarzeń były same koncerty, odbywające się na dwóch, zupełnie różnych scenach. Na tej większej, w głównej auli GTSu oraz mniejszej, znajdującej się w podziemiach budynku. Na obu nagłośnienie było świetne: wyraźne, dopracowane i… odpowiednio głośne. Pod względem organizacyjnym, nie tylko w kontekście samych występów, ale w ogóle całości, festiwal był (jak zawsze) dopracowany w każdym szczególe.

Mjut

Tworząc przegląd w postaci showcase’u wybranej, niewielkiej sceny muzycznej, szczególnie po raz któryś z rzędu, istnieje ryzyko, że skończy się zasób w postaci artystów. W przypadku trójmiejskich muzyków i ich kreatywności w tworzeniu nie tylko nowych płyt, ale przede wszystkim projektów oraz zespołów, zasadniczo nie powinno być takiego problemu. Mimo wszystko obrana przez organizatorów polityka polegająca na zapraszaniu zawsze świeżych, nowych składów, do tego w kontekście całego line-upu w miarę różnorodnych, z pewnością stanowi wyzwanie. Przyznam, że jeszcze przed tegoroczną odsłoną, patrząc na listę zaproszonych nazwisk i nazw, nabrałem pewnych wątpliwości co do tej polityki. Przede wszystkim z perspektywy osoby siedzącej głównie w undergroundzie zabrakło mi co najmniej kilku przedstawicieli podziemia. Z kolei projekty bardziej przystępne, też nie były nazwami z pierwszych stron gazet (czy raczej zwyczajowymi gwiazdami radiowych audycji) – aczkolwiek tutaj przyznam, że być może takich w Trójmieście po prostu nie ma. Zacząłem się zastanawiać, czy jednak nie warto byłoby zrobić raz na jakiś czas edycji podsumowującej kilka poprzednich. Takiej, która zawierałaby swoiste The Best Of z poprzednich odsłon. Alternatywą mogłoby być rozszerzenie (choć takie wyjątki już się zdarzały) puli wykonawców na osoby spoza Trójmiasta. Po co? Ano dlatego, by pewne rzeczy przypomnieć (nie każdy bywa na Sea You co roku), pokazać ich rozwój (np. po wydaniu nowego lub kilku albumów), być może podbić nieco ogólną jakość wydarzenia. Ta w tym roku była satysfakcjonująca, ale nie dało się ukryć, że line-up nie zachęcił aż tylu odbiorców do tego, by odwiedzić mury GTSu. A warto byłoby, by oprócz dziennikarzy i artystów również (i to nie tylko stali) bywalcy koncertów skusili się na to, by na Sea You bywać. W ten sposób zapewne nieco łatwiej będzie wypromować to, co warte wypromowania.

Tyle słowem wstępu i ogólnych wniosków. Teraz czas na konkrety. Poniżej opisuję swoje wrażenia z występów, które w tym roku udało mi się na Sea You zobaczyć.

Zdecydowanie najlepszym koncertem w moim osobistym rankingu był piątkowy występ grupy Bazgrołki. To na nich zagłosowałem w głosowaniu na nazwę, która mogłaby uzupełnić skład festiwalu Inside Seaside. Niestety nie udało się, ale to nieważne. Podziw wzbudziło we mnie to, jaką drogę przeszły Bazgrołki na przestrzeni naprawdę niewielkiej ilości czasu. Ewolucja z alt rocka do transowego, schowanego za ścianą dźwięku grania mieszającego ze sobą heavy psych ze Swans to jednak nie taka mała i nieistotna sprawa. Bazgrołki wypadły w tym wcieleniu nie tyle przekonująco, co po prostu — porywająco. Co najważniejsze decybele, mimo że dobijały do wysokich rejestrów, nie zdominowały w całości ich grania. W swoim krótkim showcase’owym secie nie tylko udało im się wciągnąć odbiorców w swój głośny, bazujący na przemyślanej narracji świat, ale też zaprezentować całe spektrum melodii. Koncertowo grupa udowodniła, że jest jedną z ciekawszych lokalnych nazw. Za rok nie widzę innej opcji, by oddać im miejsce na dużej scenie.

Bazgrołki

Na tle innych zdecydowanie wyróżnił się także William Malcolm (Nightrun87), który świeżo po wydaniu płyty The Dracul Affair zaprezentował materiał z tejże na dużej scenie na zakończenie drugiego dnia festiwalu. Malcolm z nawiązką spełnił moje wysokie oczekiwania co do swojego występu. W studiu stworzył jedną z lepszych synthwave’owych płyt w gatunku, nie ograniczając się przy tym do tej jednej stylistyki, a zdecydowanie poszerzające jej ramy. W odsłonie live jeszcze bardziej uwydatnił zalety wydawnictwa, co przełożyło się na prawdziwe syntezatorowo-wokalne misterium. Na scenie towarzyszyła mu bowiem perkusja (Klaudia Rucińska), a także dodatkowy, żeński wokal oraz eteryczny taniec w wykonaniu Krystyny Gedzik. Dźwięki naznaczone horrorowym vibem pochodzącym wprost z klasycznych VHSów Malcolm przedstawił więc w dwugłosie i w ujęciu uwydatniającym rytmikę, a elementy te spajały będące nieodzowną częścią show nastrojowe, krwistoczerwone, przechodzące w purpurę światła oraz czarno-białe wizualizacje. Czuć było w tym ducha i miłość do starych, zapomnianych oraz nadgryzionych zębem czasu filmów grozy. Klimat wylewał się w każdym razie ze sceny strumieniami, niczym krew z ran w dobrym straszaku. Pod względem dramaturgii i reżyserii był to zdecydowanie najlepszy koncert minionej edycji. Malcolm udowodnił, że jest nie tylko pełnym muzycznych pomysłów zajawkowiczem, wokalistą o ogromnych możliwościach, ale też performerem oraz przede wszystkim wizjonerem z krwi i kości.

William Malcolm

Równie zapamiętywalnym był koncert konczący dzień pierwszy, którego autorem byli muzycy z reaktywowanego niedawna Spoiwa. Laureaci publiczności (to oni zagrają na Inside Seaside) postawili na ścianę dźwięku i majestatyczną, a może nawet mistyczną narrację. Mam słabość do tej grupy, szczególnie do materiału, z którym zdecydowali się zmierzyć na nowo. Martial Hearts to misternie skonstruowana, pełna emocji muzyczna opowieść — z rozbudowanym początkiem, mięsistym rozwinięciem i katartycznym zakończeniem — którą należy brać w całości. W wersji live wybrzmiała jeszcze lepiej niż na doskonałej płycie, więc niech to (za)świadczy o tym, jak dobry był to koncert. 

Spoiwo

W pogoni za transem nie ustępowały im grające w sobotę na małej scenie Popsysze. Grupa postawiła na heavy psych w wersji przestrzennej, rozmarzonej, ale też wyważonej pod względem poszczególnych składników. Ten zespół to definicja psychodelicznego grania znad morza i mimo skrętu w nieco mroczniejsze rejony udało mu się przekazać całe spektrum tej (wielokolorowej) stylistyki. Bardzo dobry, napędzany organicznym groovem koncert.

Popsysze

Groove wyróżniał także Loveworms, które otwierało piątek. Awans z podziemi (tam mogliśmy zobaczyć ich rok temu) na dużą scenę i to z edycji na edycję to spore wyróżnienie, ale i… wyzwanie. Lokalni piewcy post-punku odmiany brytyjskiej wyszli z tego pojedynku zwycięsko. Grając set złożony w dużej części z utworów jeszcze niepublikowanych, sporo ryzykowali, ale mając w zanadrzu tak duże pokłady jakości i charyzmy, nie dziwię się ich pewności siebie. Nowe kompozycje miały bardziej punkowy, Shame’owy posmak i jako że niżej podpisany bardzo lubi ten konkretny wątek wspomnianego gatunku, to z występu wyszedł bardziej niż zadowolony. Obawy o to, czy stricte rockowy, czteroosobowy skład poradzi sobie z tak dużą sceną o dość wczesnej porze były więc niepotrzebne. Świetny koncert.

Loveworms

Ostatnim zespołem, który zrobił na mnie spore wrażenie było Blenders. Kolejna, spora niewiadoma, bo nie do końca wierzyłem w to, że bycie funky to kwestia ducha, a nie… wieku. A jednak! Luzik na scenie był tak zaraźliwy, że nawet najwięksi malkontenci musieli poluzować dziurkę w pasku i oddać się nieskrępowanej, na papierze nieco przedawnionej, a w praktyce ponadczasowej zabawie. Wybrzmiały największe hity, do tego w wykonaniu przekonującym, bo napędzanym prawdziwą energią i autentycznym głodem gry muzyków. Nie wiedziałem, że w Trójmieście jest tyle słońca, dopóki nie poddałem się narracji Blenders. Ich koncert z pewnością był jednym z highlightów tegorocznej edycji.

Blenders

Nieźle wspominam też bardzo klasyczny, choć może trochę zbyt zachowawczy koncert Tymona Tymańskiego i jego Yasstetu. Sporo nawiązań do przeszłości, za to dość niewiele typowego dla Trójmiasta eksperymentowania z formą. Podobnie było zresztą z Grzesławem Nawrockim, ale być może tutaj zawiodła (moja) osobista wrażliwość. Artysta mimo wszystko pozytywnie mnie zaskoczył, bo muzycznie nawiązał z lekka do legendarnego składu Kobiety. Biła od niego duża samoświadomość, choć nostalgii mimo wszystko było w tym dla mnie troszkę za dużo. 

Tymon Tymański Yasstet

Trudno oceniać mi występ Natalii Muiangi, bo pop to nie moja bajka, ale pod względem scenografii, oprawy oraz wokalnej jakości był to z pewnością wyróżniający się występ. Podobny problem mam z Budką Surfera, która postawiła na nieskrępowaną, hip-hopową zabawę, ale obserwując tylu „nawijaczy” na scenie odniosłem wrażenie, że najlepiej bawią się oni sami. Choć opinie zasłyszane tu i ówdzie mogą świadczyć o tym, że było to mylne odczucie. Do tej samej kategorii zaliczyłbym pięknych Babyhats, którzy w piękny sposób grali piękny indie pop. Choć muszę oddać im to, że potrafili zaskoczyć, dodając do swojego setu kilka elementów zapożyczonych z bardziej agresywnych odmian gitarowego grania.

Natalia Muainga

Niestety sporym rozczarowaniem okazał się dla mnie występ projektu L.A.S. Spodziewałem się pokręconej elektroniki, a jednak głównym i dominującym wątkiem był pop. Podkręcony brzmieniami spreparowanymi, ale nadal bazujący na bardzo prostym przekazie — zarówno muzycznym, a jeszcze bardziej tekstowym. Ten drugi element zdominował zresztą występ. Szkoda.

Nie przekonała mnie również Klaudia Daliva, której maniera wokalna (bardzo mocno wyczuwalne frazowanie) skutecznie zniechęciła mnie do kontynuacji przygody z jej występem. Nie porwał także Mjut, w przedziwny sposób łączący prościutkie popowe zagrywki z gitarową wirtuozerią. Rozdźwięk między zaangażowaniem muzyków a dźwiękami wydobywanymi z głośników był w tym wypadku ogromny. Przydałaby się większa spójność w tym zakresie.

Budka Surfera

Podsumowując całość uważam, że była to kolejna udana odsłona wydarzenia, które skupia się promocji lokalnego, trójmiejskiego brzmienia. Po raz kolejny Sea You zostało zorganizowane na najwyższym poziomie i choć efekt był nieco mniej spektakularny, przynajmniej w mojej ocenie, w porównaniu do lat ubiegłych, to nadal wydarzenie celebrowało to, co w muzyce najważniejsze. A tym jest otwartość na nowe, nieznane, świeże i po prostu — jakościowe.