Udało się spełnić szczeniackie marzenie. Za takowe postrzegam uczestnictwo w koncercie jednego z zespołów kształtujących mój gust. Mowa o Primusie, który wystąpił w czwartek 6 sierpnia w Warszawie na Letniej Scenie Progresji.
Okazję do zobaczenia grupy na żywo miałem już wcześniej. Otóż ta wystąpiła w 2011 roku tuż obok, bo na gdyńskim Openerze, ale wtedy się nie udało. Podejrzewam, że poszło o finanse, jednak jaki nie byłby powód, to musiałem czekać kolejnych 15 lat na spełnienie marzenia. Ba, przez ten czas bywały okresy, w których o Primusie zapomniałem, a lista priorytetów w kontekście koncertów do odhaczenia z listy „must see” ulegała sporym zmianom. Mimo wszystko, gdy tylko zespół ogłosił powrót do Polski, serduszko zabiło mocniej i nie zastanawiając się zbyt wiele, od razu kupiłem bilet.
Koncert miał się początkowo odbyć w dobrze znanej mi Progresji, ale z powodu większego zainteresowania przeniesiono go na scenę plenerową nieopodal klubu. Tu pojawiła się pierwsza wątpliwość, bo o nagłośnieniu tego miejsca trochę słyszałem i niestety nie były to pozytywy. Na szczęście albo opinie te były przesadzone, albo też trafiłem na dobry dzień akustyków, bo całość zabrzmiała soczyście, wyraźnie i bez jakichkolwiek zarzutów pod względem technicznym.
Sam set został podzielony na dwie części. Przyznaję, podejrzałem setlisty z poprzednich koncertów trasy i o ile część kompozycji się z nimi pokrywała, tak zespół dał polskim fanom nieco więcej radochy w postaci wyboru poszczególnych utworów.
Pierwszą część, zagraną w pełnym słońcu, określiłbym jako bardziej progresywną i beztroską. Nie chodzi nawet o dobór mniej singlowych czy niezbyt reprezentatywnych piosenek (choć był wyjątek w postaci Wynona’s Big Brown Beaver), a o podejście do zaprezentowanych dźwięków. Ich forma była bardziej rozbudowana w porównaniu do pierwowzorów, co wpływało na mniej zwarty charakter tej części, za to zdecydowanie sprzyjający wniknięciu w ten pokręcony, ale jednocześnie sympatyczny świat stworzony przez grupę. Pod koniec absurd przyjął formę przejęcia przez Lesa Claypoola persony Mr. Krinkle (była maska!), a ozdobą tego fragmentu były fenomenalnie brzmiące Seas of Cheese oraz tytułowe, wspomniane Mr. Krinkle.

Po krótkiej przerwie i już w zupełnej ciemności przyszedł czas na bardziej bezpośrednie strzały. Na początku wybrzmiał złowieszczy Too Many Puppies, a niedługo po nim metalowy i dosadny Dirty Drowning Man z ukochanej płyty Antipop. Nie zabrakło też elementów humorystycznych jak wplecenie krótkiego fragmentu utworu Peaches z repertuaru The Stranglers (na ten upał jak znalazł, choć plaży zabrakło), ale ogólnie rzecz biorąc dominował ciężar. Świetną energią trio emanowało przy My Name Is Mud, za to my chóralnie i w tempo odśpiewaliśmy wspólnie tekst Jerry Was a Car Race Driver. Na bis zespół zatoczył koło i odegrał jeden ze swoich najlepszych spośród rozbudowanych utworów — niepokojący, przypominający estetykę kolorowego koszmaru Southbound Pachyderm.
Wybierając się na koncerty legend, czyli zespołów, które znaczą dla mnie dużo, staram się mieć otwartą głowę. Wyzbycie się oczekiwań bywa niełatwe, bo często jest tak, że dany artysta kojarzy mi się z konkretnymi płytami oraz towarzyszącymi im sytuacjami, w jakich go poznałem. To bardzo osobista perspektywa dotycząca twórczości, często nieidąca w parze z tym, w którym obecnie miejscu znajdują się grupa, której ta perspektywa dotyczy.
Piję do tego, że będąc urzeczonym tym, w jaki sposób Primus odgrywa swoje mniejsze i większe hity, z jakim polotem, ale też w zgodzie z samym sobą muzycy prezentują poszczególne dźwięki, nie mogłem nie dosłyszeć sporej liczby komentarzy zgromadzonych pod sceną ludzi, nieukrywających swojego rozczarowania. W sposób głośny, dosadny i niecenzuralny oczywiście. Trudno było mi też zignorować etatowych „gadaczy” przekrzykujących zespół oraz wielu innych, stojących tu i ówdzie, wyglądających na znudzonych odbiorców koncertu. Oczywiście byli i tacy, którzy oddawali się tańcom (także w pogo — choć było ich niewielu), ale dawno nie widziałem tak trudnej i mało zainteresowanej koncertem publiki. Czy to charakter tego miejsca i być może przesytu koncertami stolicy, czy raczej wspomniane oczekiwania starych wiarusów co do tego, jak i co powinien grać Primus? Trudno stwierdzić na pewno, ale z mojej perspektywy zespół zaprezentował się świetnie, a publiki najłatwiejszej nie miał.
Na całe szczęście ja nakarmiłem i ucieszyłem swojego wewnętrznego nastolatka. Doprowadziłem go do sytości i ogromnej radochy. Primus sucks!
Odkryj więcej z Hałasy i melodie
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
