Wystarczy rzut okiem na okładkę, na której widzimy zespół, przypominający raczej grupę naturszczyków starających się o rolę w kolejnej odsłonie rodzinki Addamsów, by domyślić się zawartości tej płyty. The Cramps w tym okresie tworzyli: małżeństwo Lux Interior (wokal) i Poison Ivy Rorschach (gitara) oraz Bryan Gregory (gitara) i Nick Knox (gitara), a grupę uważa się za twórców psychobilly. Termin, wymyślony w celach marketingowych przez samego Luxa, trafnie jednak określał zawartość muzyczną tworzoną przez zespół. Mocne odwołanie się do rock n rolla i rockabilly skąpane w aurze kiczowatego mroku, nawiązań do horrorów klasy Z wraz z aurą erotycznego napięcia, które wytwarzała na scenie zarówno Poison Ivy jak i lider grupy, na pewno było czymś, co ich wyróżniało. Ciekawy był też zestaw instrumentów, bowiem zrezygnowano z basu, a same partie perkusji mocno uproszczono, przez co osiągnięcie tego mroczno-kiczowatego klimatu spoczywało w zasadzie tylko na efektach gitarowych oraz na eksperymentach wokalnych.

The Cramps kompletnie nie kryli się ze swoimi inspiracjami. Na trwającym niecałe 40 minut debiucie, wśród 13 krótkich utworów aż 5 z nich to covery. Podążając tym śladem łatwo odgadnąć, jakie brzmienie chcieli osiągnąć. Niespełna dwuminutowy „Rock On The Moon” to w oryginale mocno swingujący, ale prosty rock n rollowy utwór Jimmy’ego Stewarta – u The Cramps został dodatkowo podszyty niedbałą produkcją i garażowym brzmieniem. „Sunglasses After Dark” Dwighta Pullena to klasyczne rockabilly, które na opisywanej tutaj płycie zostało poddane ostremu przesterowi, co dało zdecydowanie bardziej psychodeliczny i surowy efekt. „Strychnine” to utwór wpływowego, proto-punkowego The Sonics i to kolejny element układanki w rozgryzieniu części składowych brzmienia The Cramps. W ich interpretacji pozostał ten sam groove, zrezygnowano jednak z pianina, dodając przy tym surf rockowe, gitarowe odjazdy. Ostatnie dwa covery to „Fever” Little Willie Johna, rhythm and bluesowy standard z lat 50-tych (tutaj mocno wydłużony, rozwleczony, a blues w wykonaniu The Cramps ma zdecydowanie cmentarny charakter) oraz rock n rollowy  „Tear It Up” Johnny’ego Burnette, doprawiony charakterystycznym wokalem Luxa oraz damskim okrzykom przemykającym gdzieś w tle.

Stare, tanie horrory, rock n roll i garażowe brzmienie. Czego chcieć więcej?