Carpenter nie jest nowicjuszem, jeśli chodzi o komponowanie muzyki. Nagrywał przecież soundtracki do wielu ze swoich filmów (seria Halloween, Escape From New York, The Fog, Big Trouble in Little China i wielu, wielu innych). Potrafił tak operować dźwiękiem, by wywołać u słuchacza konkretny nastrój: przerazić, wzbudzić niepewność, ciekawość czy też po prostu dodać dynamiki poszczególnym sekwencjom. Jako narzędzie służył mu do tego syntezator, bez którego trudno wyobrazić sobie jego filmy. Jednak wcześniej było mu o tyle łatwo, że tworzonym przez niego dźwiękom towarzyszyły konkretne obrazy, z którymi odbiorca mógł je połączyć. Tym razem postanowił zadziałać na fantazję słuchacza samą muzyką, już bez udziału dziesiątej muzy. I potwierdził, że wie o niej przynajmniej tyle samo, co o kręceniu filmów.

Już sam tytuł wydawnictw, Lost Themes, daje pewne wyobrażenie o zawartości. Poszczególne kompozycje faktycznie brzmią, jak gdyby mogły zostać skomponowane na rzecz nieistniejących filmów. Myślę, że łatka „horror synth” bardzo dobrze oddaje klimat tych utworów. Mroczne, zbudowane w oparciu o brzmienie ulubionego instrumentu kompozycje (gdzieniegdzie przewija się też gitara) mają w sobie bardzo wyczuwalny, celuloidowy posmak. Retro brzmienie wprost z lat 80-tych wydaje się tu być naturalne i to ono tworzy tę specyficzną atmosferę. Złowieszcze, syntezatorowe plamy w „Night”, kosmiczny „Distant Dream”, rozbudowany „Obisidian”, pędzący do przodu „Domain”, romantyczny „Last Sunrise”, organowo-gitarowy „Real Xeno” czy pompatyczny „Angel’s Asylum” potwierdzają, że pomimo zbliżonego brzmienia, prostej struktury i podstawowego instrumentarium, utwory te mogą wywołać zupełnie różne emocje i skojarzenia. Takie „Utopian Facade” pasowałoby do nowego Blade Runnera, „Abyss” widziałbym w Archiwum X, „Mystery” mogłoby znaleźć się w Stranger Things, a „Dark Blues” jak nic pasuje do jakiegoś taniego akcyjniaka (obowiązkowo z akcją osadzoną w Azji). A to tylko kilka wybranych – pobawcie się i w trakcie odsłuchu resztę spróbujcie dopasować sami.

Magia – tym razem nie kina, a dźwięku.