Pamiętam, jak w telewizji można było jeszcze obejrzeć i posłuchać dobrej muzyki. Swoje pierwsze szlify w tej materii zbierałem dzięki VH1, gdzie leciały różne bloki tematyczne. To musiał być późny wieczór, bo w pewnym momencie trafiłem tam, o ile pamięć mi nie szwankuje, na kawałek „I’m Your Boogie Man”. Teledysk pełen straszydeł, obrzydliwości, estetyka taniego horroru, a samo brzmienie mocno podbite industrialną elektroniką i pełne metalowych, ciężkich gitar. Najważniejsze jednak, że pomimo całej tej otoczki, to przecież doskonały numer taneczny, przy którym można by było wywijać niezłe, choć trochę mroczne piruety na parkiecie.

Jak już mówiłem, moja pamięć jest mocno wybiórcza, coś mi się tam poprzestawiało, nie do końca zapamiętałem i zamiast za White Zombie, sięgnąłem po Roba Zombie. Zombie to zombie, co nie? Jaka to różnica. Szczególnie że pierwsza, solowa płyta Roba, to świadoma kontynuacja tego taneczno-elektroniczno-mrocznego brzmienia i swoją pomyłkę odkryłem dopiero po jakimś czasie, gdy zacząłem szukać więcej informacji o zespole.

Nie zmieniło to jednak istoty rzeczy, czyli tego, że Hellbilly to diabelnie (określenie nieprzypadkowe, hehe) dobry album. Melodii jest tu masa i pomimo ciężkiego brzmienia bardzo trudno usiedzieć w miejscu w trakcie jego odsłuchu. I jest w nim też pewien paradoks. Brzmienie to kompletnie nic oryginalnego – przecież taki mariaż industrialu z metalem był motywem znanym i ogranym już w momencie premiery. Z drugiej jednak strony, dzięki stworzonej i zwartej koncepcji opierającej się na aurze mroku, zła, ponurego i krwawego image’u samego Roba, a także głównych inspiracji, czyli tanich, klasycznych horrorów, Zombiemu udało się stworzyć bardzo zwartą stylistycznie i produkcyjnie płytę. Utwory aż kipią od nawiązań do starych filmów, archaicznych i naiwnych historii grozy oraz wykorzystują na nowo znane pomysły i motywy pochodzące z tych źródeł. Widać, że Rob naprawdę się na tym zna (zresztą przecież później zajął się reżyserią horrorów) i czuję się w tym, jak ryba w wodzie. Takiego to warto posłuchać.