Chwilę myślałem, którą płytę Misfits umieścić w zestawieniu na Halloween. Tak naprawdę swoją tematyką pasują wszystkie, a chyba najbardziej „Famous Monsters” z 1999 roku. Tylko że tam nie ma wokalu Danziga i nie jest to też najlepsza płyta grupy (choć nie tak zła, jak niektórzy ją malują). Po jakichś trzech minutach intensywnego myślenia zdecydowałem się więc na debiut.

„Walk Among Us” to po prostu Misfits w pigułce. Album, który zawiera wszystkie charakterystyczne elementy tego upiornego składu. 24 minuty energetycznego, punkowego uderzenia. Opisanie w sposób wyszukany samej muzyki na płycie, zajęłoby mi chyba więcej czasu, niż jej przesłuchanie. Mimo prostych środków, na ówczesnej, punkowej scenie, album wyróżniał się kilkoma rzeczami. Po pierwsze – zespołu zupełnie nie interesowała polityka. Żadne tam lewicujące, społeczne hasła. Teksty zabierają nas w świat horrorowych fantazji – potworów, świeżych trupów, szkieletów, dwugłowych noworodków, cmentarzy, wampirów, a nawet kosmicznych zombie. Zaraz za tym dreptał image członków zespołu, którzy sami wyglądali, jakby akurat wyszli z grobu lub ewentualnie z planu jakiegoś bardzo przerażającego filmu. Alice Cooper musiał poczuć się dość głupio, bo przy chłopakach jego stylówa wydawała się być tym, czym są horrory z PG13 do tych z Rką. To po drugie. Po trzecie, muzyka może jest i prosta, ale nie prostacka i czuć w tym sporo inspiracji rock n rollem oraz gitarową muzyką lat 50-tych i 60-tych. Szczególnie, i to po czwarte i najważniejsze, takie skojarzenia budzić może wokal Glenna Danziga. Są tu oczywiście obowiązkowe, punkowe „zaśpiewy” oraz chórki kolegów z zespołu, a sama barwa głosu Glenna idealnie spaja się z muzyką, ale jednocześnie intryguje sama w sobie. Połączenie Elvisa, Morrisona i demona w jednym to coś, z czym raczej na co dzień niełatwo się spotkać.

Różne były dalsze losy zespołu, ale tę płytę, jeśli lubicie horrorowe klimaty, po prostu znać trzeba.