Wierzycie w samospełniające się przepowiednie? Goście z Failure chyba nie, skoro tak nazwali swoją grupę. A jednak. Pomimo nagrania kilku świetnych krążków, w tym i tutaj omawianego Magnified z 1994 roku, grupie nie udało się wybić wyżej i w końcu zawiesiła działalność. Co prawda reaktywowali się w 2014 roku i może dostaną drugą szansę, ale mimo tego, że im kibicuję, to niestety wątpię. Zresztą teraz wspomina się o nich głównie jako o kolejnym, niesłusznie niedocenionym zespole, któremu warto przyjrzeć się bliżej i posłuchać. I przy okazji pojawia się refleksja nad tym, jak to jest, że niektórym przeciętniakom się udaje, a inni, mający spory potencjał na więcej, nie zostają nigdy należycie odkryci i docenieni.

Rezydujący w Los Angeles Failure tworzył zaledwie duet muzyków: Ken Andrews oraz Greg Edwards. Ten pierwszy zagrał na gitarze, basie, dołożył wokal i napisał teksty. Edwards nałożył na to swoją gitarę, dorzucił jeszcze więcej basu i zabębnił na perkusji. Obaj muzycy podpisali się też pod produkcją krążka. Może to właśnie metoda DIY i niewielka liczba osób biorących udział w nagraniu tego albumu sprawia, że jest on tak zwarty stylistycznie, brzmieniowo i tekstowo. Muzycznie można by pewnie wrzucić całość do worka z napisem „rock alternatywny” i nie ma w tym niczego złego, ale diabeł tkwi w szczegółach. Brzmienie jest dość grunge’owe, a pełna emocji maniera wokalna Andrewsa może przypominać sposób śpiewania kolegów z Seattle. Jednak mimo wszystko Failure bliżej jest do post-hardcore’owych grup typu Hum czy Helmet, łączących wyraźną grę sekcji rytmicznej z najeżonymi efektami, gitarowymi odjazdami. Muzyka jest ciężka, prawie że metalowa, mocno depresyjna i koresponduje z tekstami, które opowiadają o lękach, uzależnieniu od narkotyków i przemocy. Całym tym syfem wydają się być pokryte same instrumenty – brzmienie basu jest mocno zniekształcone („Frogs”), gitary grają w zmiennym tempie i często generują długie, rozstrojone dźwięki („Undone”), perkusja jest surowa i oszczędna, a nawet jeśli gdzieniegdzie pojawia się gitara akustyczna („Bernie”) to raczej jako przeciwwaga dla piszczących, rzeżących gitar i przytłaczającego bezsilnością nastroju płyty.

Pomimo śmieszków we wstępie na temat nazwy zespołu, nie możemy mówić tu o żadnej porażce muzyki. Fiaskiem możemy za to określić ówczesny gust włodarzy wytwórni, którzy w zespół nie wierzyli, a bez dobrej promocji nie ma szans na to, by zetknąć się z dobrą muzyką.