Rome to chyba jedyny zespół pochodzący z Luksemburga, jaki znam. Jednak to nie fakt pochodzenia czyni ten duet wyjątkowym. Co prawda zaproponowany przez nich mariaż neofolku, martial industrialu z dark ambientem nie jest czymś wielce oryginalnym i grup tego typu istnieje sporo, jednak Rome obierając tę drogę, postawiło także prostotę. Ich utwory pozbawione są skomplikowanych aranżacji, a środki przez nich zastosowane, wydają się być niezwykle oszczędne. Być może to dzięki temu udaje im się wytworzyć specyficzny, monotonnie depresyjny i mroczny nastrój, poprzez który oddziałują na emocje odbiorcy.

Większość kompozycji jest bardzo podobna w swej strukturze. Słyszymy zimnie i odlegle brzmiący głos Jerome Reutera, który w formie melorecytacji wygłasza dość ponure, a czasami nawet cyniczne wersy, a tłem do jego rozważań są pojedyncze sample, fragmenty różnych przemówień bądź dialogów oraz nieskomplikowane, a jednocześnie hipnotyzujące partie gitary. Czasami dźwięków mamy więcej, ale służą one raczej podbudowie klimatu, który zaraz powraca do spokojniejszych tonów. Tak jest na przykład w jednym z ciekawszych momentów tej płyty, czyli utworze „Querkraft”. Niekiedy pojawia się wyraźny, marszowy rytm jak w „Der Wolfsmantel” lub przekształcone elementy muzyki z początków XX wieku („Le voile de l’oubli”). Grupa potrafi też zagrać monotonią („The Torture Detachment”) i uderzyć w czulsze punkty. Głównie jednak mamy do czynienia z głosem Reutera na tle spokojnych, delikatnych aranżacji, tak jak w „The Joys of Stealth” czy „Wilde Lager”, gdzie minorowo przygrywającej gitarze towarzyszy piękna partia klawiszy oraz dźwięki zacinającego się gramofonu. To w takich momentach najbardziej odczuwamy atmosferę beznadziei, melancholii i bezsilności. Trzeba jedynie uważać na to, by nie dać się pochłonąć jej w całości. Jednak nie łudźmy się: gdy już raz wjedziemy do Rzymu, to będziemy chcieli do niego powrócić.