Halo, halo, żyjecie? Trójmiasto nawiedził orkan Marcin i mieliśmy tu już pierwsze opady śniegu, ale to nie znaczy, że sobotni wieczór trzeba spędzić przy herbatce, będąc okrytym kocykiem i czytając dzieła wielkich filozofów, zastanawiając się przy okazji nad sensem życia przy jarzącej się słabym światłem, taniej lampce z lokalnego dyskontu. Z tego listopadowego, pogodowego marazmu i ogólnej deprechy może wyciągnąć Romeo Void, którzy swoim pozytywnym nastawieniem sprawiają, że aby zobaczyć świat w różowych barwach, nie trzeba faszerować się narkotykami. Chociaż można.

Pochodzący z San Francisco Romeo Void ma na koncie trzy albumy, a Benefactor jest drugim w kolejności. Zespół został założony w 1979 roku przez Deborę Iyall, która była pod wrażeniem występów Patti Smith, a dodatkową motywację stanowiła dla niej ciasteczkowa wróżba, która nakazywała jej wprost, że ma się zająć sztuką. Główny skład, oprócz wokalistki, tworzył basista Frank Zincavage, gitarzysta Peter Woods oraz grający na saksofonie Benjamin Bossi. Problemem był zawsze wakat perkusisty, bowiem na każdej wydanej płycie grał ktoś inny, ale akurat w trakcie nagrywania Benefactor grupę na tym instrumencie wsparł Larry Carter.

Romeo Void wyróżnia się przede wszystkim wykorzystaniem w swojej muzyce saksofonu. O ile jego brzmienie w muzyce grup nowofalowych to był raczej standard i nikogo ono nie dziwiło, tak tutaj nie wydaje się on być doklejony do poszczególnych kompozycji. Jest ich integralną częścią; dzięki temu muzyka jest bardziej taneczna i pogodna. Ciekawy jest też wokal Iyall, która płynnie przechodzi od śpiewu, przez skandowanie i wplatanie elementów melorecytacji, aż po wykorzystanie głosu jako dodatkowego instrumentu. Wybija się oczywiście sekcja rytmiczna, która tworzy podstawę melodii, a spajają to wszystko rwane i proste gitarowe riffy. W tamtym okresie wytwórnia, w której zespół wydał pierwszą płytę, czyli 415 Records, została wykupiona przez Columbię. Podobno Romeo Void miało być nowym Blondie, ale na szczęście tak się nie stało. Ich muzyka może i jest prosta, czasami wręcz mocno popowa, zachowuje jednak sporo post-punkowego podejścia do tworzenia kompozycji: zmienny, połamany rytm, wokalne i instrumentalne eksperymenty i nieoczywiste rozwiązania w sferze wokalu oraz poważniejsze tematy zawarte w tekstach Iyall. I ta niejednoznaczność wychodzi moim zdaniem muzyce na dobre. Brzmieniowe odloty w takich utworach jak „Orange”, gdzie mocno podbity bas, „anielska” gitara oraz mówiony wokal zostają przykryte rozmytą falą dźwięków saksofonu, w jakiś niewytłumaczalny sposób dobrze pasują do mniej wyszukanych, taneczno-popowych numerów, chociażby takich, jak otwierający płytę „Never Say Never”. Chociaż mimo wszystko jest to płyta bardziej do tańca niż do różańca.