To już 7. edycja trójmiejskiego festiwalu SpaceFest, gdzie psychodela, shoegaze, space rock i wiele pochodnych tych gatunków zostaje ożywionych na scenie dzięki występom zespołów z całego świata. Fanom improwizowanej, przestrzennej muzyki idei festiwalu przedstawiać nie trzeba, a całą resztę zapraszam do przeczytania niniejszego mini przewodnika po artystach, których będziemy mogli zobaczyć 1 i 2 grudnia w klubie B90.

10 000 russos
10 000 Russos
 (Portugalia) – Trio z Porto, które lubi pobawić się dźwiękiem w nieoczywisty sposób. Ich muzyka to długie, wwiercające się w głowę i najeżone gitarowymi efektami kompozycje, które płynnie łączą inspiracje takimi gatunkami jak space rock, drone, krautrock czy shoegaze.

10 000 Russos zagrają w piątek, 1 grudnia.

30 kilo
30 kilo słońca (Polska) – Pochodzą z Kołobrzegu, mają na koncie jedną płytę i jednocześnie prowadzą niezależny label Plaża Zachodnia. Znajdziemy na niej elementy free jazzu, ambientu, noise’u czy space rocka. Najwięcej tu chyba tego pierwszego i nie chodzi już o samo brzmienie, a raczej mocno eksperymentalne, przestrzenne i rozimprowizowane podejście do kompozycji.

30 kilo słońca będzie można zobaczyć na scenie w sobotę, 2 grudnia.

BLIND_BUTCHER_2017-2-680x448
Blind Butcher
 (Szwajcaria) – Można przyjąć kilka interpretacji twórczości tej grupy. Pierwsza to taka, że ich muzyka to konkretna zgrywa, ale taka pozytywna, która ma spowodować uśmiech na twarzy odbiorcy. Druga hipoteza mówi o tym, że muzycy zostali porwani przez śmiesznych ludków z UFO. Tam trochę podszkolili swoją technikę, zmienili muzyczny światopogląd i wrócili na Ziemię, by serwować swoją pokręconą muzykę na koncertach, ku uciesze niczego niepodejrzewających Ziemian. Trzecia mówi o tym, że problem dopalaczy w Szwajcarii jeszcze nie został rozwiązany. Którego wyjaśnienia nie wybierzecie, to wiedzcie, że takie stylistyczne rozpasanie jak połączenie ze sobą disco, neue deutsche welle, glam rocka, new wave, funku, no wave czy country na jednej płycie nie zdarza się zbyt często.

Blind Butcher zabiorą nas w swój dziwny świat w piątek, 1 grudnia.

dead rabbits
Dead Rabbits (Wielka Brytania) – Grupę można sklasyfikować jako mieszankę klasycznego shoegaze z neo-psychodelą, posypaną szczyptą post-punka. Inspiracje takimi grupami jak „The Brian Jonestown Massacre”, „The Warlords” czy „My Bloody Valentine” też są dość łatwo wyczuwalne. Nie znaczy to jednak, że ich muzyka nie ma własnej tożsamości. Dead Rabbits dorzucają do powyższych wpływów popowe podejście do aranżacji, nietypowe teksty i mocno zarysowaną sekcję rytmiczną.

Dead Rabbits zameldują się na scenie w piątek, 1 grudnia.

Mugstar (Wielka Brytania) – Pochodzą z Liverpoolu, ale na tym ich podobieństwo do Beatlesów się kończy. Nie tworzą ładnych melodii ani zgrabnych, łatwo wpadających w ucho utworów. W ich twórczości czuć duże inspiracje sceną krautrockową, jednak stylistycznie, mimo wszystko, bliżej im do space rocka. Ich improwizatorskie i rozbudowane kompozycje niemal od razu zwróciły uwagę mediów na Wyspach i mogą pochwalić się m.in. tym, że byli jednym z ostatnich zespołów, które gościły na sesji nagraniowej u legendarnego Johna Peela.

Mugstar dadzą koncert w sobotę, 2 grudnia.

new candys
New Candys (Włochy) – Uważają, że grają połączenie rock and rolla z psychodelą i wiele się nie mylą. Przesterowane, ale melodyjne brzmienie, miesza się tutaj z dość tradycyjnym, rdzenno-rockowym podejściem do aranżacji. Z jednej strony mamy rozmyte, niewyraźne wokale, raczej niespieszne tempa i gitarowe wycieczki w stronę nowoczesnej, lekko przyprószonej shoegaze’ową pokrywą, psychodelii. Z drugiej, gdyby tylko rozebrać muzykę New Candys ze wszystkich stosowanych przez zespół efektów, to mam wrażenie, że mielibyśmy do czynienia z dość tradycyjnymi, rockowymi kompozycjami.

New Candys będzie można zobaczyć w piątek, 1 grudnia.

odd couple

Odd Couple (Niemcy) – Zaprezentowana na debiutanckim, zeszłorocznym albumie „Flügge” muzyka, to garażowe brzmienie i świetne wyczucie rytmu, który w rękach tego zdolnego duetu staje się czymś, co kompletnie dominuje poszczególne kompozycje, stanowi podstawę do zabawy aranżacją, wywraca oczekiwania słuchacza na drugą stronę i sprawia, że po prostu nie da się usiedzieć w jednym miejscu. Mnogość świetnych riffów, oszczędnych w swojej konstrukcji, a jednocześnie tak bardzo zapadających w pamięć to druga cecha, która wyróżnia Niemców na tle innych, bardziej „odjechanych” grup, z którymi będą dzielić scenę. Jest jeszcze ten podskórny beat, który tak samo hipnotyzuje, jak i podświadomie zmusza do lekkiego bujania, podskakiwania, a w końcu i do spontanicznego i dzikiego tańca.

Do muzyki Odd Couple będzie można potańczyć w sobotę, 2 grudnia.

pure phase ensemble 2

Pure Phase Ensemble feat. Maciej Cieślak (Polska) – Tradycją imprezy stało się to, że na każdej z jej edycji występuje skład lokalnych muzyków, którzy wraz z jakimś gościem, tworzą za każdym razem inne wcielenie grupy Pure Phase Ensemble. W tym roku gościem specjalnym będzie Maciej Cieślak, którego nazwisko zna chyba każdy fan alternatywy i muzyki niezależnej w Polsce. Czy to pod szyldem Ścianki, czy też produkując płyty innych artystów, Cieślak potrafił odcisnąć na produkcie finalnym własną wrażliwość i liczę na to, że tak będzie i tym razem.

Pure Phase Ensemble wraz z Maciejem Cieślakiem będą wyczarowywać dźwięki w sobotę, 2 grudnia.

tajak

Tajak (Meksyk) – Tajak stawia na bezpośredni, noise’owo-punkowy przekaz, wzmocniony pierwotną energią i kontrolowaną brutalnością. Na koncie mają dwie długogrające płyty, a tegoroczna, wydana pod tytułem „Amsterdam 211”, przenosi nas w najeżony psychodelą, pokręcony świat rodem z psychiatryka. Ciężkie, powolne tempa zmieniają się w szaloną kanonadę bębnów i gitary, a wywołujące ciarki na plecach nawoływania nieznanych głosów w tle, dodatkowo potęgują klimat zagubienia i postępującej choroby.

W mroczny świat dźwięków Tajak wybierzemy się w sobotę, 2 grudnia.

wilcze jagody

Wilcze Jagody (Polska) – Wilcze Jagody rezydują w Warszawie i tworzą je: Nela Gzowska, Ania Włodarczyk i Zosia Hołubowska. Ciepłe klawisze, pulsujący bas, oszczędny, perkusyjny rytm, rozmarzona gitara i unoszący się gdzieś nad tym wszystkim, subtelny wokal. Nie można zapomnieć też o ciekawych, z lekka onirycznych, ale i feminizujących tekstach. Dzięki temu klimat nie jest baśniowy (chyba że to bajka z morałem), a raczej zimnofalowy i to właśnie z latami 80-tymi najbardziej kojarzy mi się ta muzyka. Jest ona bowiem i melodyjna i bardzo taneczna i zaangażowana jednocześnie. Autorskie określenie zespołu na własne brzmienie, czyli synth dream pop, bardzo do niego pasuje.

Wilcze Jagody zahipnotyzują nas w piątek, 1 grudnia.