Ściągać trzeba umieć. Niektórych przerasta przepisywanie zadania domowego na szkolnej przerwie, tuż przed lekcją ze znienawidzonym nauczycielem, a co dopiero, gdyby mieli ściągać brzmienie, melodie czy groove. De Lux zaliczają się jednak do tych zdolnych i aroganckich uczniów, którzy ściągać potrafią i ba, jeszcze się tym chwalą. Pochodzący z Los Angeles duet (Sean Guerin i Isaac Franco) miesza ze sobą wpływy lokalne (luz, iskrzące się słońcem dźwięki i beztroska) z dyskotekowymi brzmieniami wprost ze stolicy wschodniego wybrzeża – czyli Nowego Jorku. Chcący brzmieć jak Bee Gees De Lux niechcący (?) wysmażyli płytę, którą śmiało można by pomylić z remiksami utworów Talking Heads. Guerin brzmi tu po prostu jak Byrne, ni mniej, ni więcej. Funkowy sznyt całości dodaje wyraźny bas, który topi się w ciepłych, syntezatorowych i nieprzyzwoicie tanecznych podkładach. Na ściądze chłopaki mają jednak jeszcze więcej grup, bo gdzieś tam przebija się nowofalowość Duran Duran, są tu pojedyncze, soulowe elementy Chic, gdzieś w tle przebija się nawet rozbawiony Bowie z czasów Let’s Dance, a tak w ogóle to można by pomylić tę pracę domową z LCD Soundsystem, gdyby tylko De Lux było stać na to, by zaprosić na płytę jakichś znanych gości. Znienawidzony nauczyciel puszcza to oszustwo płazem i idzie w tan.