Holy Motors są z Estonii, ale równie dobrze mogliby pochodzić z któregoś z południowych stanów USA. Ich debiut, album Slow Sundown, przejawia mocne inspiracje takim południowym graniem. Poza tym już przy pierwszym odsłuchu tego materiału uderza do głowy jeszcze jedno skojarzenie. Jest nim David Lynch.

Holy Motors, tak jak Lynch w swoich filmach, potrafią poprzez dźwięki stworzyć coś ulotnego i wyjątkowego. Coś, co z braku innych alternatyw, nazywamy „nastrojem”. Ich kompozycje są klimatyczne, marzycielskie i oniryczne. Wokalistka Ellian Tulve swoim głębokim głosem potrafi wymalowywać intrygujące i wciągające obrazy. Wtóruje jej w tym oszczędna muzyka. Rytm jest tu niespieszny i mocno jazzowy (Angelo Badalamenti się kłania), brzmienie gitary nasuwa skojarzenia ze stylistyką spaghetti westernów (tutaj z kolei wita się z nami Ennio Morricone), a elektronika buduje swymi pomiętymi strukturami atmosferę niczym ze snu. Dodatkowo nad całością unosi się aura romantyzmu, tęsknoty i tajemnicy.

Te 32 minuty, na które składa się płyta, przelatują bardzo szybko. Sen jest krótki, treściwy, ale właściwie nie pamiętamy z niego żadnych pojedynczych fragmentów, dźwięków bądź fraz. Jednak w jakiś dziwny sposób nam to nie przeszkadza. Zasłaniamy okna czerwoną kotarą, ustawiamy fotel na środku pokoju, gasimy światło i zamykamy oczy. Przenosimy się do tego samego miejsca, co poprzednio i mimo tego, że znów niczego z niego nie zapamiętamy, to pozostanie to, co najważniejsze. To wrażenie, że to było coś dobrego, że nam się podobało. Że chcemy więcej.