Debiutancka płyta The Budos Band z 2005 roku to idealnie zrównoważony miks funku, afrobeatu, soulu i jazzu. Cieplutkie niczym poranne słońce klawisze; miękki, ale wyrazisty jak lniany kocyk bas; egzotyczne i orzeźwiające jak drink z palemką bongosy; błogo muskający wiaterek pod postacią pojawiających się gdzieniegdzie dźwięków fletu; przyjemne niczym popołudniowe drzemki gitarowe riffy oraz klimat beztroski, odpoczynku i radosnego leniuchowania, które przynosi ze sobą wszechobecne brzmienie trąbki. The Budos Band to takie wakacje, za którymi tęsknimy i o jakich marzymy. A ich akcja, o dziwo, ma miejsce w USA.

Grupa pochodzi ze Staten Island i gdybym tego nie sprawdził, to na pewno sam bym się tego nie domyślił. Ich autorska interpretacja afrobeatu brzmi bardzo zgrabnie, ciepło i na pewno sprawdziłoby się jako ścieżka dźwiękowa do któregoś z filmów z nurtu blaxploitation. Wokalu tutaj nie uświadczymy; to rytm wytycza ścieżki poszczególnym utworom. Czasami jest on wolny, co daje większe pole do popisu dęciakom (Monkey See, Monkey Do), gdzie indziej z kolei pędzimy na złamanie karku, zatracając się w funkowym groove (Up From South, Budos Theme), by znów powrócić do spokojniejszych motywów, opartych czy to na partiach fletu (King Charles) czy klawiszy (Aynotchesh Yerefry).

The Budos Band odnajdują się w każdym z tych motywów. Idealnie oddając brzmienie lat 70-tych, nie kryjąc inspiracji takimi artystami jak Fela Kuti czy Sly & The Family Stone, udaje im się jednocześnie dołożyć sporo od siebie. Przepełniona pogodnymi, optymistycznymi dźwiękami, ciekawymi aranżacjami i wysoką techniką gry na wszystkich wyżej wymienionych instrumentach muzyka przynosi same miłe skojarzenia i nie daje się sobą znudzić.